Kim jestem?

Jest taka gra towarzyska. Jedna osoba zakłada sobie na czoło kartę z rysunkiem jakiegoś przedmiotu/zwierzęcia. I ta osoba oczywiście nie widzi tej karty. Czyli nie wie, kim jest. Za to wiedzą to doskonale pozostali gracze. I muszą, używając różnych skojarzeń, pomóc tej osobie zgadnąć kim jest. No i jest zabawnie. Ale ta gra pokazuje coś jeszcze. To mianowicie, że najmniej o sobie wiemy my sami. I że potrzebujemy drugiej osoby, byśmy mogli bardziej zrozumieć, kim jesteśmy. To podobno w relacji człowiek staje się człowiekiem i poznaje prawdę o sobie. 

Kiedy ktoś zapytany o to czy wie, kim jest odpala coachingową formułę typu jestem osobą wiedzącą jak świadomie budować szczęśliwe życie to wiem, że to ktoś, kto nie ma pojęcia kim jest. Nie można wiedzieć, kim się jest, skoro jest się wielką tajemnicą. Najbardziej dla siebie samego. 

Powiadają, że poznanie siebie jest podstawą rozwoju. Tego duchowego również. Że trzeba nam stanąć w prawdzie. Zobaczyć siebie takimi jakimi jesteśmy w rzeczywistości, a nie takimi jakimi chcielibyśmy być ani takimi, jakimi widzą nas inni. Choć jestem przekonany, że inni widzą nas o wiele bardziej obiektywnie niż my sami. Nie jesteśmy w stanie poznać pełnej prawdy o sobie. Specjaliści od życia duchowego są zgodni – taka prawda zabiła by nas. Jesteśmy tak niebywale zawiłą plątaniną różnych historii, emocji, pragnień, motywacji i relacji, że do końca życia pozostaniemy dla siebie i innych zagadką. Psychologowie wyróżniają ja realne i ja idealne. Chodzi o rozróżnienie tych dwóch różnych światów – stanu faktycznego od pragnień. To pole nieustannych napięć wewnątrz nas. Bo chcielibyśmy być dobrzy, a jesteśmy źli. Winne są nasze ograniczenia i zmysłowe potrzeby. Niektórzy próbują uciec przed tym rozdarciem odrzucając jeden z jego elementów. I tak, hedoniści odrzucają potrzeby wyższe a asceci odrzucają potrzeby zmysłowe. Ale tak się nie da żyć. 

Człowiek jest jedynym ze znanych stworzeń, świadomym swego istnienia. Może podejmować decyzje i dokonywać wyborów niezależnych od jego popędów, instynktów czy procesów biochemicznych. Widzi, różnicę między sobą, a roślinami czy zwierzętami. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pada owo odwieczne pytanie: kim jestem? Skąd przychodzę? Dokąd zmierzam? Swoich sił próbuje tutaj wiedza i nauka. Niestety. Te rzeczy są wytworem ludzkiej inteligencji i ludzką inteligencją są ograniczone. Więc wciąż nic nie wiemy. To znaczy, coś tam wiemy, ale tak naprawdę nic nie wiemy. Sokrates ujął to genialnie: wiem, że nic nie wiem. Nie pozostaje nam nic innego, jak uznać swoją kapitulację w zgłębianiu tajemnicy własnego istnienia. I taka kapitulacja doprowadzi nas do epokowego odkrycia: wcale nie musimy wiedzieć o sobie wszystkiego. Nie musimy bo nie potrafimy. Filozoficzno – intelektualna rozkmina na temat tego, kim jestem jest pociągająca, ale chyba nie po to żyjemy, żeby w niej się zatracać. Jest Ktoś inny, kto to wszystko wie. I to wystarczy. Całe zamieszanie z poznawaniem  prawdy o sobie dowodzi jednego – jesteśmy stworzeniem, nie Bogiem. I bez Boga nigdy nie zrozumiemy ani siebie ani w ogóle sensu naszego istnienia. I tak zataczamy koło. Wracam do myśli wstępnej: potrzebujemy drugiej osoby, byśmy mogli bardziej zrozumieć, kim jesteśmy. No właśnie. Tak brzmi jedna z fundamentalnych zasad chrześcijaństwa: człowiek nie jest w stanie do końca zrozumieć siebie bez Chrystusa. Pytaj Go o to. A co nam chce powiedzieć Chrystus? Prostą rzecz: człowiek nie żyje po to, aby wiedzieć, ale po to, aby kochać. To tak na początek Wielkiego Postu. 

Adam Szefc Szewczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *