6-letnia świętość

Urodziła się 15 grudnia 1930 roku. Niespełna 5 lat później lekarz ogłasza wyrok: osteosarcoma ( złośliwy nowotwór wieku dziecięcego wywodzący się z kości ). Amputacja nóżki. 3 lipca 1936 roku Antonietta Meo umiera.

Sześcioletnia kandydatka na ołtarze i na doktora Kościoła. Trudno uwierzyć, że tak młode dziecko może skrywać w sobie taką głębię i dojrzałość. A jednak. Urodziła się w zamożnej, pobożnej rodzinie. Była żywym, wesołym i psotliwym dzieckiem, jak wszyscy w jej wieku – miała powiedzieć jej starsza siostra. Perpetum mobile mówiły o niej siostry zakonne do ochronki których uczęszczała. Głębia jej mistycyzmu w pełni ujawnia się po amputacji.  Antonietta jako jedyna przyjęła to nie jako tragedię, ale szansę na to, by cierpieć za świat i grzeszników. Prosiła Jezusa, by – jeśli zechce – zwrócił jej nóżkę, ale była przygotowana na niespełnienie tej prośby. Jeśli nie chcesz, fiat voluntas tua – pisała w jednym z ostatnich listów. Dyktując swojej mamie, napisała ponad 150 listów do Trójcy Świętej i Matki Bożej, które, jak powiedział sekretarz Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia bp José Luis Redrado Marchite, stanowią wspaniałą całość teologiczną. Przykład z pierwszego listu: Najukochańszy Jezu, dzisiaj ja idę spacerować i idę z moją siostrą, i ja mówię, że na Boże Narodzenie do pierwszej Komunii św. chcę iść. Jezu przyjdź wkrótce całkiem do mego serca, ażebym mogła Ciebie całkiem mocno uściskać i pocałować. O Jezu, ja chcę, że Ty zawsze w moim sercu pozostaniesz. Trudno uwierzyć, że w wieku pięciu lat wiarę można przezywać na takim poziomie. Głębia jej intymnej relacji z Chrystusem – marzenie. No, ale cóż, Bóg daje jak chce, ile chce i komu chce.  Zazdrościć świętym ich świętości to trochę absurd. Oni sami pierwsi mają świadomość, że niczego sobie nie zawdzięczają. To wielka tajemnica. Nie ma lepszych i gorszych tak naprawdę. Są tylko różnie obdarowani. I ani to zasługa tych pierwszych, ani wina tych drugich. Porównywanie się do innych to ryzykowne zajęcie. I zawsze pachnie siarką. Gdybyśmy błogosławili Bogu za to kim jesteśmy i za to co mamy, gdybyśmy w pokorze uznali to, że każdy z nas ma inaczej, bo Bóg tak chce , mielibyśmy raj na ziemi. No, ale póki co nie mamy.

Po co nam przykład takiej Antonietty Meo? W czym wypadałoby ją naśladować? O amputację tu chodzi, o te mistyczne listy, o tą nieosiągalną zażyłość z Bogiem? Wątpię. Mamy zaakceptować swoje życie. Takie jakim jest. Niczego z niego nie odejmować i niczego do niego nie dodawać. Świętych mamy po to, by patrzeć na ich życie, zachwycić się swoim i odkryć, że lepszego dla nas nie ma. Pokochać swoją historię. W całości. Zwłaszcza to, co chcielibyśmy po kryjomu zmienić. 

Adam Szefc Szewczyk