Epickie pojedynki w Biblii [część 3]

Ciężar. Ogromny ciężar. Jeśli źle położę stopę, albo mocniej zegnę kolano, upadnę i zginiemy. Jeszcze tylko parę metrów.

Dlaczego dałem się mu namówić?” – myślał sapiąc potwornie stawiając każdy kolejny krok. Ciężar na ramionach zdawał się być coraz większy. „Pomóż mi, przenieś mnie – powiedział” – denerwował się w myślach olbrzym. „Och, gdybym tylko wiedział, co to będzie za przeprawa”. Nagle gładki kamień na dnie osunął się pod jego stopą i większa fala na moment przykryła głowę wielkoluda tak, że aż napił się solidnie wody. O oddech nie było łatwo, bo kolejna fala zabrała mu ponownie dostęp do powietrza. „Muszę mocniej się zaprzeć i choćby pod wodą przejść jeszcze dwa, trzy kroki, bo już czuję brzeg” – kiedy tak pomyślał i realizował swój powzięty na szybko i dramatycznym wysiłkiem plan, poziom wody zaczął się rzeczywiście obniżać. Dno zaczęło się wznosić, a łykane gwałtownie powietrze było upragnionym ratunkiem. Gdy ostatkiem sił dotarli do brzegu i chłopiec zsunął mu się z barków na ziemię, wielkolud zapytał – „chłopcze, jak to możliwe, że jesteś taki ciężki. Prawie zginęliśmy”. Chłopiec uśmiechnął się, odparł „Przeniosłeś dziś na swych barkach Stwórcę świata. Jestem Chrystusem, twoim królem.” i znikł.

Czciciel szatana

No dobra, złamałem konwencję serii. Powyższej historii nie znajdziesz w Biblii. To legenda. W dodatku cóż to za pojedynek? To tylko walka z samym sobą. Co więcej, uprawiam prywatę. Wziąłem na tapetę swojego imiennika – Krzysztofa. I nie interesuje mnie, że będziemy go wspominać dopiero za pół roku. Zafascynował mnie już dawno, a dziś znowu się przypomniał.

Patron podróżnych, kierowców itd. Legenda o św. Krzysztofie miała jeszcze parę akapitów więcej. Dość napisać, że urodzony dawno, dawno temu Krzysztof (pierwotnie o imieniu Reprobus czyli „skazany na potępienie”) wyrósł na ogromnego, postawnego i silnego mężczyznę. Był przy tym próżny i butny. Postanowił sobie, że będzie pracował/służył tylko najpotężniejszemu władcy. Najpierw trafił na dwór jakiegoś króla, ale ten „nieopatrznie” przeżegnał się odpędzając przywoływanego w błazeńskiej piosence szatana. Krzysztof wzgardził bojaźliwym władcą i poszedł na pustynię szukać wyznawców diabła, którego tak bał się król. Tam spotkał samego demona i postanowił mu służyć. Gdy jednak na rozstaju dróg na widok stojącego tam krzyża szatan wzdrygnął się i ominął to miejsce, Krzysztof odkrył, że mocniejszy od niego jest Chrystus. To pewien chrześcijański pustelnik poradził mu, by poświęcił się Bogu poprzez służbę podróżnym przy rzecznej przeprawie.

Prawdziwy św. Krzysztof

To oczywiście tylko legenda, ale dla mnie dość wymowna. Dopiero po latach odkryłem znaczenie imienia mojego patrona. Okazało się, że dobrze pasuje do tego, co już zacząłem robić i co miałem w planach robić dalej. Nie. Nie chciałem zostać przewoźnikiem ani pracować na promie. Ale nieść Chrystusa? Wow! To mocne zadanie. Mam dość pokory, żeby wiedzieć, że to zadanie przekracza moje możliwości. Nigdy bym nie powiedział, że sam Go uniosę, czy noszę samodzielnie w ramach swojej pracy w duszpasterstwie. To łaska, że Bóg daje się ludziom nosić. Gdyby legendarny Krzysztof miał nieść Chrystusa, to nie skończyłoby się na bólu kręgosłupa i zakwasach. Dzieciątko Jezus dało mu odczuć tylko małą cząstkę swojego boskiego ciężaru, ale jednocześnie to Ono przemieniło życie Krzysztofa. Nie znamy dalszych losów tej historii, ale nie wierzę, żeby Krzysztof pozostał taki, jaki był wcześniej. Został odmieniony.

Żeby jednak nie pozostało wrażenie, że modlimy się za wstawiennictwem wyimaginowanej postaci, należy się parę słów wyjaśnienia o prawdziwym św. Krzysztofie. Znajdziemy go w Martyrologium Rzymskim, starożytnym spisie chrześcijańskich męczenników z pierwszych stuleci Kościoła – podaje J. Thomas Craughwell w książce Biblijne czarne charaktery. Wiemy zatem o pewnym Krzysztofie z Licji w dzisiejszej Turcji, który został zabity podczas prześladowań za cesarza Decjusza (panowanie 249-251). Oprawcy zabili Krzysztofa strzałami i potem odcięli mu głowę.

Trudno mi powiedzieć, żebym szukał na chwilę obecną takiej chwały;). Na moją małą krzysztofową skalę wystarczy mi poziom współpracownika Boga. Tak określał oblatów św. Eugeniusz, założyciel Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. To zresztą zadanie, które Jezus powierzył każdemu i każdej z nas. Uniesiesz je?

Krzysztof Zieliński