To są współczesne niebezpieczeństwa. Nie do pomyślenia!

Niedawno uderzyło mnie zdjęcie z internetowego mema, na którym widać dzieci bawiące się na placu zabaw. Normalna rzecz? Tylko że dzieci chodziły po niezabezpieczonych drabinkach jakieś 3-4 metry nad ziemią!

Zdjęcie opisane było jakoś tak: „Lata 60’, zabawy w PRL”. Ja bym raczej napisał „BHP – tego nie znaju”. Szok! Sam łapię się na tym, że gdy widzę, jak dzieci wchodzą na bezpieczne, nowoczesne ustrojstwa placo-zabawowe, ja i tak mam gęsią skórkę. No może i mam lęk wysokości, ale 1,5 metra nie powinno mnie ruszać. A jednak.

Czy myślałem o takich rzeczach sam jako dziecko? Oczywiście, że nie. W moich zamierzchłych czasach, dzieci w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki chodziły do szkoły same. Pokonywałem jakieś 250 m trasy, w tym przejście przez ruchliwą ulicę. Nie mówiąc już o tym, że mój starszy o 2,5 roku brat (żeby nie powiedzieć prawie dorosły, bo chodził już do 2 klasy podstawówki!) odbierał mnie raz czy dwa z przedszkolnej zerówki, gdy jakaś trudniejsza logistyka rodzinna nie pozwoliła na to nikomu dorosłemu. Panie w przedszkolu nie miały z tym też problemu. Trzeba jasno powiedzieć, że mało kto z tym miał problem, bo nie odbiegało to bardzo od normy. Aut było mniej, innych niebezpieczeństw również. Cóż napisać? Czasy się zmieniły. Trudno się dziwić.

Dziś tworzymy przyszłe normy

Dochodzimy tu do sedna. Ostatnich kilkadziesiąt lat zaprowadziło błyskawiczne zmiany w naszym społeczeństwie. Kwestie bezpieczeństwa zostały podniesione diametralnie. Atesty, procedury, normy do urządzeń, sprzętów, mechanizmów, a nawet piktogramy i napisy na kubkach w Maku, że kawa jest gorąca. Kiedy odbywał się ten znany proces oparzonej klientki restauracji? Był to przypadek 79-letniej Stelli Liebeck z 1992 roku, która oblała się kawą z McDrive’a, gdy trzymając kubek między nogami w aucie próbowała podnieść wieczko, żeby dosypać cukru. Kobieta w słynnym już postępowaniu wygrała 3 mln odszkodowania, jednak w apelacji kwotę obniżono do niecałych 700 tys. dolarów. Dziś nikogo nie dziwi informacja o gorącej zawartości w opakowaniu, albo że nie należy spożywać plastikowej torebki itd. Z jednej strony norma, a z drugiej, ja jakoś dalej łapię się za głowę, że ktoś potrzebuje takich podpowiedzi. Czy teraz zaczniemy pisać ostrzeżenia na ścianach budynków, że walenie w nie głową może spowodować uszkodzenia ciała i uszczerbek na zdrowiu? Ale jednocześnie czy można dziwić się firmom, że tak bardzo zabezpieczają się przeciw pozwom sądowym?

Słów parę o RODO

Inny temat to bezpieczeństwo elektroniczne. Nikogo dziś nie dziwi firewall w komputerze, oprogramowanie antywirusowe, zabezpieczenie transakcji SMS-ami czy uwierzytelnianie kont emailem, hasłem itd. Stąd już blisko do danych osobowych, bo gromadzone są i przetwarzane najczęściej właśnie w systemach informatycznych. Dziś w pracy, na ulicy, w bramie i na dachu słyszymy jak mantrę „RODO, RODO, RODO” (no może trochę wyolbrzymiłem). A przecież ochrona danych osobowych to sprawa znana od lat. No może raczej istniejąca, ale nie zawsze praktykowana. Istniały przecież krajowe akty prawne itd., nie było jednak skutecznej ich weryfikacji. Jednak od momentu wprowadzenia unijnej dyrektywy utożsamiliśmy ją potocznie z całym tym procesem opieki nad naszymi danymi, pod jednym wszystko i nic niemówiącym hasłem „RODO”. Dlaczego nic niemówiącym? Bo krąży wiele półprawd i niedomówień dotyczących RODO, a wiele kwestii wrzuca się do jednego worka. Sądzę, że mało osób tak naprawdę wie, o co tu chodzi. A przecież to właśnie zwykli ludzie mieli z tego najbardziej korzystać.

U fundamentu zagadnienia chodzi o ochronę danych osobowych, które dziś są prawie taką samą walutą jak PLN czy $. Kto nie widzi sensu ochrony tych danych, raczej nie rozumie współczesnego świata. Za kolejnych kilkadziesiąt lat ten temat będzie pewnie tak naturalny, jak dziś jest postawienie płotka dookoła placu zabaw, albo umieszczenie piktogramu na gorącym kubku z kawą. Czas sprawi, że zupełnie naturalnie będziemy myśleć o ochronie naszych danych osobowych, tak jak odruchowo zamykamy na klucz drzwi domu, gdy wychodzimy na zakupy. Z drugiej strony ślepy jest ten, kto nie widzi tu pola do nadużyć. Gdy w społeczeństwie uruchamia się tak duże zmiany, można dać sobie głowę uciąć, że ktoś zrobi na tym przy okazji biznes. Ale to temat na osobny artykuł (jeśli jesteście tym zainteresowani, dajcie znać, a rozłożę sprawę na czynniki pierwsze)…

Nie starczyłoby mi klawiatury, żeby wypisać inne zagrożenia czy kwestie, które wymuszają na nas zmiany społeczne. Niestety wiele z nich jest negatywnych. Coraz częściej łapiemy się na tym, że dziś normą są też zachowania niewłaściwe: „Kiedyś tak nie było!”. Czy i one za kolejnych kilkadziesiąt lat będą dla nas tak naturalne i akceptowalne jak zamknięcie kluczem drzwi mieszkania?

Krzysztof Zieliński