Czy walentynki to pogańskie święto?

Mamy halloween. Mamy andrzejki. Mamy i walentynki. Trochę z rozpędu wrzuciłem te ostatnie do wora z pogańskimi świętami. Czy słusznie? Zobaczmy.

Wersja pagana

Wszystko zaczęło się w Cesarstwie Rzymskim. To tutaj zrodził się zwyczaj poszukiwania ukochanej drogą losową. Np poprzez wybieranie na chybił trafił karteczki z jej imieniem ze specjalnej urny. Taka ichniejsza randka w ciemno. No i nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale starożytny Rzym też miał swoich świętych. To jeden z argumentów tych, którzy kult świętych w KK traktują jako pogańską naleciałość. No to bądźmy konsekwentni i uznajmy, że całe judeo-chrześcijaństwo z Bogiem Jahwe na czele jest inspirowane przez mitologię grecką. Na czele z Zeusem rzecz jasna. Ci rzymscy święci wiązani z walentynkami to Kupidyn, Pan i Juno Februata. Ten pierwszy to uosobienie miłości i pożądania. Z kolei Juna Februata to bogini miłości i czystości. Jeśli szukać konkretnego święta rzymskiego, które można by traktować jako bezpośrednie nawiązanie do dzisiejszych walentynek to będą to z pewnością Luperkalia. Data to 14-15 lutego. W punkt. Patron święta? Junona. Rzymska bogini macierzyństwa i oczywiście życia seksualnego. Czyli wszystko się klei. Mamy też niestety, krwawy wątek rzymsko-walentynkowy. Za panowanie cesarza Klaudiusza Gockiego Rzym toczył liczne wojny. I panom, co nie dziwi, nie spieszno było umierać na froncie. I chętnych do wojowania ubywało. Cesarz uznał, że winę za ten stan rzeczy ponosi przywiązanie panów do swoich narzeczonych i żon. I postanowił ukrócić niecny proceder zaręczynowo-ślubny. I teraz uwaga. Do akcji wkracza kapłan Walenty.

Wersja christiana

Teraz właśnie pogański rodowód walentynek zbiega się z tym chrześcijańskim. Walenty ma na sercu zakochanych, którym cesarz Klaudiusz zabrania się żenić. I postanawia potajemnie udzielać im ślubów. Wszystko było by fajnie, gdyby pewnego razu nie został przyłapany. Więzienie, tortury i ścięcie głowy. A dokonało się to… Dokładnie! 14 lutego (269 lub 270 roku). Nim jednak zginął, zaprzyjaźnił się z córką strażnika, która go pocieszała. W ramach wdzięczności zostawił jej na pożegnanie liść w kształcie serca. A na nim napisał “Od twojego Walentego”. Coraz bardziej się klei. Ten właśnie Walenty stał się męczennikiem. Nad jego grobem przy Via Flaminia zbudowano bazylikę. Jednak papież Paschalis I przeniósł jego szczątki do kościoła św. Praksedy. No i tutaj ślad po Wincentym z Rzymu urywa się. A właściwie miesza się z innym świętym. Też Walentym. Też męczennikiem. Są tacy, którzy twierdzą, że chodzi o tą samą osobę. W każdym razie, ten drugi Walenty to wyświęcony w 197 roku biskup miasta Terni w Umbrii. Cóż takiego zrobił dla miłości? No trochę zrobił. Jako pierwszy dał światu znak, że miłość nie zna granic i pobłogosławił związek małżeński między poganinem i chrześcijanką. Miał zwyczaj wysyłania do swoich wiernych listów o miłości do Chrystusa. A zginął śmiercią męczeńską za to, że nie chciał zaprzestać nawracania pogan. I to dzisiaj on jest najbardziej znanym Walentym od miłości i to do jego grobu w katedrze w Terni ciągną pielgrzymi. A na srebrnym relikwiarzu kryjącym jego szczątki widnieje napis Święty Walenty, patron miłości. Sam JP2 napisał w 1997 roku list do par narzeczonych, którego przesłanie wyryto na marmurowej tablicy przy grobie św. Walentego.

Okazuje się, że jest też trzeci Walenty. Ale chyba najmniej istotny w tej miłosnej historii. To św. Walenty z Recji z V wieku. Jest patronem… epileptyków. Ponoć miał moc uzdrawiania z tej choroby. To znaczy moc ma Bóg. On był jedynie jej przekaźnikiem. Tak dla jasności. Ale prawdziwy boom na obchodzenie święta zakochanych zaczął się dopiero w średniowieczu. Mamy tutaj do czynienia z miksem zwyczajów rzymsko-pogańskich i chrześcijańskich. Z jednej strony fascynowano się żywotami świętych i pielgrzymowano do ich grobów. Z drugiej – losowano imiona swoich partnerów. A dziewczyny chcąc się dowiedzieć, kim będzie jej przyszły mąż, 14 lutego wypatrywały ptaków. Jeśli wypatrzyła rudzika – mogła spodziewać się męża marynarza. Wróbel oznaczał męża ubogiego. Łuszczak – bogatego. Sroka złodzieja, a pingwin eskimosa. He, he.

Lista walentynkowych gadżetów rośnie z czasem. Pojawiają się liściki, serduszka, kwiaty. W dzisiejszych czasach za komercyjną epidemię spod znaku czerwonego serduszka odpowiadają głównie Stany Zjednoczone. Niektórzy zżymają się na to spoganienie, jakby nie było, chrześcijańskiego zwyczaju. Cóż można powiedzieć. Jak świat stary biznes robiono na wszystkim. Święta Bożego narodzenia to też niezły biznes. Samo życie. W Polsce kilka miast posiada relikwie św. Walentego. Konkretnie Lublin, Kraków i Chełmno. Wszędzie tam, 14 lutego organizowane są uroczyste obchody ku czci patrona zakochanych. Są marsze, defilady, orkiestry dęte i wielkie serce ułożone ze świec na rynku. I super. Miłość jest spoko. Jeżeli walentynki są okazją, by komuś bliskiemu powiedzieć kocham cię, to ja jestem za. Ale najlepiej, gdyby walentynki były 365 dni w roku. Kocha się non stop.

Adam Szefc Szewczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *