Jak ci ludzie na mnie patrzą! [wywiady]

Oglądanie czyjegoś cierpienia, płaczu, zwątpienia. Widok bezsilności i słabości. Brzmi jak masochizm, ale to tylko jedna strona medalu. Jest tu też nadzieja i podzięka w formie uśmiechu.

Chyba nikt nie lubi szpitali. Kojarzą nam się z charakterystycznym, niezbyt przyjemnym zapachem i przykutymi do łóżka ludźmi. Nie lubimy też być chorzy, może za wyjątkiem miłych wspomnień z dzieciństwa, kiedy mama skakała koło nas przynosząc herbatki, ciasteczka i głaskała po głowie. W dorosłości mało kto ma czas chorować, a i choroby wydają się poważniejsze i w dodatku kosztowne. A jednak są ludzie, często także młodzi, którzy wchodzą w taką rzeczywistość z własnej woli, a nawet chętnie. Dlaczego?

Mateusz, jesteś członkiem NINIWY w Katowicach. Dodatkowo angażujesz się jako wolontariusz pomagając chorym?

Wiesz, chodzę po domach z taką posługą, po prostu mnie to kręci, daje poczucie wewnętrznego spełnienia. Bardzo lubię rozmawiać z tymi ludźmi (uśmiech), zawsze się czegoś ciekawego dowiem, nauczę – choć to nie najważniejsze.

Wydaje się, że Twoi rówieśnicy mają „lepsze rozrywki”, skąd więc bierze się u Ciebie taka potrzeba pomagania innym?

Wydaje mi się, że jest to spowodowane tym jak Ci ludzie na mnie patrzą, gdy ich odwiedzam. Po prostu widzę w ich oczach to wyczekiwanie na drugą osobę… To jest nieprawdopodobne odczucie, nie da się tego opisać.

Opieka nad chorymi często kojarzona jest z kobiecą ręką, wymaga cierpliwości i wrażliwości. A jak patrzy na to mężczyzna?

Mi również wydaje się że kobiety lepiej sprawdzają się w tej roli, gdyż one w ogóle lepiej radzą sobie w relacjach z ,,człowiekiem” aniżeli mężczyzna. Myślę jednak, że jest wielu mężczyzn, którzy chcą pomagać innym, ale po prostu nie mają ku temu okazji. Z drugiej strony myślę, że w takim zaangażowaniu pomaga konkretna wewnętrznie podjęta decyzja oraz nawet pewne „znieczulenie” na ludzkie cierpienie – to są klucze dzięki którym, każdy może to robić.

Młodym chłopakiem, na którego spadła taka „okazja” do pomocy był o. Bartosz Madejski OMI, obecny proboszcz z Katowic.

Jak wspomina Ojciec swoje zetknięcie się z chorobą i starością?

Gdy miałem może 16 lat spadł na mnie obowiązek pomocy mamie przy opiece nad moją chorą babcią. Czasem, szczególnie na początku, wychodziłem z siebie, gdy moja cierpliwość była przez babcię wystawiana na próbę w stylu „Bartuś, rano wieczór w dzień i w nocy bądź mi zawsze ku pomocy” (śmiech). Jednak z czasem zacząłem być dumny, że mogę się nią opiekować. I coraz częściej dostrzegałem piękno mojej babci, która gdy nie mogła pozornie nic już mi dać, dała najwięcej.

Iwona pracuje jako ratownik medyczny w izbie przyjęć od 2010 roku.

Czy wybrałaś ten zawód przypadkowo czy z jakiegoś poczucia misji, albo w oparciu o Twoje predyspozycje?

Wybór mojego zawodu był poniekąd przypadkiem, ale jednak zgodnym z moim zainteresowaniem biologią i chęcią pracy z ludźmi. Zawsze jednak chciałam pomagać ludziom. W mojej pracy na co dzień spotykam się z ludźmi w ciężkich, nieraz nawet kryzysowych sytuacjach i to nie tylko pod względem fizycznym, ale i psychicznym. Ci ludzie oczekują od nas szybkiej i fachowej pomocy, bez względu na porę dnia i nocy. Nieraz potrzebują po prostu porozmawiać, wyżalić się, lub w przypadku bezdomnych, znaleźć ciepły kąt do przenocowania, najlepiej połączony z czymś do jedzenia.

Jakie były początki Twojej pracy?

Już zanim zaczęłam moją przygodę ze szpitalem, postanowiłam sobie że jako katoliczka będę wierna swoim zasadom, że będę silna, pewna siebie. Starałam się też odwiedzać kaplicę przed rozpoczęciem dyżuru, żeby mieć siłę na to wszystko. W pracy bardzo szybko sprowadzono mnie do parteru. Okazało się, że jeszcze dużo nauki przede mną, twardej nauki, dotyczącej nie tylko medycyny, ale przede wszystkim relacji międzyludzkich. Nieraz wypłakiwałam oczy po dyżurze, zadręczyłam się myślami. Czasem nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Wstyd mi było przed Bogiem. Z perspektywy czasu widzę, że w tamtym okresie dowiedziałam się bardzo wiele rzeczy przede wszystkim o sobie, co stało się dla mnie błogosławieństwem. Taka konfrontacja z życiem musi kiedyś nastąpić, ona jest niezbędna dla naszego rozwoju, dlatego jestem Bogu wdzięczna za to, że dał i wciąż daje mi tak popalić.

Czy wiara pomaga Ci w wykonywaniu Twojej pracy?

I tak i nie. Nie, bo na pewno łatwiej byłoby się nie przejmować problemami innych, nie rozmawiać z pacjentami i po prostu „robić swoje”. A tu jednak Bóg wymaga, żeby być „dla”. To jednak On daje mi siłę, motywację, żeby to robić. On daję mi nadzieję, że człowiek jest czymś więcej niż ciało, ciało które może przysporzyć niemiłych doznań dla oka, ucha, czy węchu. Nieraz trudno jest przebić się przez tę cielesną barierę postrzegania człowieka, nawet dla mnie, człowieka wierzącego w dusze i życie po śmierci. O to zawsze muszę walczyć.

Okazją do zaangażowania młodych w pomoc chorym daje także oblacki Wolontariat Misyjny NINIWA.

Moniko, pomagałaś w misji na Białorusi. Co należało do Twoich obowiązków?

Na Białorusi z siostrami szarytkami byłam kilka razy u chorych, ale moja pomoc ograniczała się do podania posiłku, mierzenia ciśnienia i rozmowy. Mycie, opatrunki – to już były zadania sióstr.

Czy pomoc chorym może dawać radość? To przecież przykre, patrzeć na czyjeś cierpienie.

Tak. Nie da się poradzić nic na to, jaką sytuację zastajesz, ale możesz ją polepszyć swoją pomocą. Choćby była najmniejsza i wydawała się mało znacząca. Nie znaczy to, że nie było mi nieraz przykro. W pewnym momencie pojawia się nawet taka złość z bezradności, że ktoś być może umiera, a człowiek nie jest w stanie tego naprawić. Ale ta chwila, uśmiech na twarzy chorej osoby, jej podziękowanie za to, że jesteś – to właśnie daje radość. Czasem samotność w chorobie doskwiera niektórym bardziej niż sama choroba.

Gdybyś miała zachęcić kogoś do podobnego zaangażowania, jak byś go przekonywała?

Dzieci i chorzy to najlepsza droga do Pana Boga. Tak uważam. W chorych spotyka się cierpiącego Jezusa, dlatego jest to bardzo mocne doświadczenie. Trudne, ale kiedy w końcu dojdzie się do tej prawdy, że w tym drugim człowieku jest On, to pomaganie chorym staje się czymś cudownym. Często to chorzy dają ci więcej, niż ty możesz dać im. I oni to robią jednym uśmiechem, jednym uściskiem dłoni, jednym „dziękuję”. Życzyłabym każdemu takiego doświadczenia, chociaż oczywiście najpiękniej byłoby, gdyby nikt nie musiał cierpieć.

Krzysztof Zieliński