Czy pozwalasz sobie na to, żeby marzyć?

Siedzimy w samochodzie. Jednostajny stukot rzęsistego deszczu wprowadza nas w zamyślenie. Na moich kolanach książka z kolorową okładką i ten tytuł: „Podróż poślubna dookoła świata”. Za miesiąc nasz ślub, więc może my też moglibyśmy zostawić wszystko, zamknąć nasze małe mieszkanko i podążyć w nieznane? Pan Bóg ponoć lubi szaleńców….

Niemożliwe staje się realne

Pęd życia, gonitwa za chlebem i wieczny brak czasu. Bardzo chcemy się wyrwać z tego obłędu mimo że obiektywnie nie ma na to szans. Żyjemy pracą i marzeniami, które staramy się realizować drobnymi krokami. Tak na prawdę nie wiemy kiedy na dobre zaczyna się spełniać to co mamy w głowach.

Dokładnie rok po naszym ślubie jesteśmy w Chorwacji, w miejscu, w którym dwa lata wcześniej zaręczyliśmy się. Stoimy na pokładzie zaniedbanego jachtu i czujemy że to będzie ten. Dwa miesiące później „jest nasz”. Kładziemy wszystkie nasze oszczędności w pudełku „ przygoda” wierząc, że ma to sens, choć jest zupełnie nieprzewidywalne, szalone. Przygotowania ruszają pełną parą (choć nikt oprócz nas o tym nie wie). Pochłonięci działaniem otrzymujemy niespodziewany prezent – macierzyństwo! Radość, szczęście… i myśli, które kołatają bardziej niż serce. Czy powinniśmy zrezygnować? Może to zbyt szalone w obliczu tak kruchej materii? Obok przeciwwagą wyrasta przekonanie, że musimy zaufać na 100%, wtedy będziemy wiedzieć co robić.

14 kwietnia rzucamy cumy odprowadzając wzrokiem chorwacki Zadar. Przed nami pół roku na morzu.

Zaufanie a planowanie

Plan opłynięcia Europy w nowej rzeczywistości jest nierealny. Nie wiemy gdzie dotrzemy… im bliżej domu tym lepiej… Ale jak to zrobić?. Z każdą przebytą milą, to pytanie dobija się niczym fale… kolejny raz musimy zaufać.

20.05.2012 tego dnia stan naszego ducha odzwierciedla stan morza… W drodze w sztormowych warunkach zapada decyzja o zmianie portu, różaniec, wiatr słabnie, zasypiam…. pod eskortą delfinów, późną nocą docieramy do Cetraro. Tutaj poznajemy Kiję i Richarda- Holendrów, którzy 12 lat wcześniej „przebili się” z południa na północ przez Francję rzekami i kanałami do Amsterdamu. Jest odpowiedź!. Trzeba jedynie złożyć maszt. Szansa, że zdążymy wrócić do Polski staje się realna.

Tam wszędzie czuwa Bóg

Morze to materia surowa i nieokiełznana. Żeglarstwo uczy współdziałania z nią, pokory wobec jej ogromu i respektu wobec jej siły…. Człowiek jest tutaj „skazany” na Boga, tylko On ogarnia tę rzeczywistość.

Bywają w naszej codzienności dni trudne, kiedy miotani falami ze wszystkich kierunków, próbując zasłonić się przed przeszywającym zimnem i deszczem dostającym się w każdy świeżo zagrzany kawałek ciała… modlimy się o przetrwanie. Choroba morska nakładająca się na macierzyństwo, przecieki, awarie sprzętu … chcąc nie chcąc stają się wyzwaniem. Jednak zawsze kiedy udaje się pokonać piętrzące się schody, otrzymujemy nagrodę…

Wschód lub zachód słońca, który wygląda jak „podkręcony w ”photoshop-ie”… albo delfiny w blasku potężnego księżyca pod osłoną nocy. Nierealne? a jednak! Bóg powinien dostać Nobla za cud stworzenia.

Doświadczamy opatrzności kiedy wydaje się, że „po ludzku” wszystko stracone.

1.maja 2012 pod Syrakuzami uderzamy w skały. Huk, który budzi lęk o najbliższe chwile. Podrywamy podłogę próbując się dostać do podwodnej części kadłuba, szukamy śrub mocujących balast, których wyrwanie oznaczało by koniec. Jest sucho. Następnego dnia nurkujemy. Okazuje się, że „tracimy” nieco farby na kilu – najmocniejszej części jachtu.

13.06.2012 ujście rzeki Fiume Tevere (Rzym), dwie załamujące się fale wdzierają się do kokpitu i dalej lukami i zejściówką do mesy zalewając jacht hektolitrami wody. Pościel i materace w kajucie rufowej ratują nam akumulatory. Przez najbliższe trzy dni suszymy wszystko. Wypływając 16 maja zastanawiamy się jak głęboko było w tamtym miejscu. Gdy sonda wskazuje 2 m pojmujemy że fala, którą przeklinaliśmy trzy dni wcześniej była dla nas błogosławieństwem. Przy amplitudzie 2m, w dołku fali było by tam metr głębokości. To całe pół metra mniej niż nasze zanurzenie.

21.08.2012; Striechsas, Holandia – stawiamy maszt. Gdy jest już w pionie, wyskakuje z mocowania i z impetem spada na złożone obok inne maszty. Czujemy jak ziemia osuwa nam się spod nóg. Niepozbierane myśli układają się w rozpaczliwe modlitwy, które po krótkim czasie ukazują całkiem optymistyczną rzeczywistość. Tracimy jedynie antenę, stację wiatrową i światło kotwiczne.

Kiedy 10.09.2012 stajemy na Polskiej ziemi cali, zdrowi i szczęśliwi, a do rozwiązania jeszcze miesiąc wiemy, że sami z siebie nie zdołalibyśmy dotrzeć do tego miejsca…

Kasia i Staszek Miłkowscy