Sensacja, tragedia i tępa rozrywka

Zapach siarki unosił się podczas tegorocznej gali rozdania złotych Globów. Bleeee . Niejaki Christian Bale odbierając statuetkę podziękował za inspirację do zagrania nagrodzonej roli samemu…Szatanowi. No i narobił się dym. Że to oficjalne przyznanie się do bycia satanistą. Że to promocja zła w najczystszej postaci. Że to skandal i zgorszenie. Itd. Itp. Być może. Jednak spoglądając szerzej na sprawę Christiana Bale’a, jego wypowiedź odnosiła się do faktu, że postać którą grał była zła, publiczność odebrała to jako aluzję. Ale to, że genialny ćpun Jaco Pastorius przyznał się kiedyś do swojej inspiracji Jezusem nie znaczy od razu, że jest chrześcijaninem. Gdyby Papieża Franciszka łapać za słowa, okazało by się, że głowa Kościoła Katolickiego to krypto-liberał, wróg katolików (zwłaszcza Polaków), cichy sympatyk ateizmu i islamizacji Europy (sic!!!). A to chyba nieprawda. Wszędzie szukamy sensacji. To paliwo napędowe dzisiejszych mediów. Trochę na własne życzenie. Zwykle nie klikamy w tytuły, które nie pachną sensacją albo tragedią. A ponieważ każdy chce się sprzedać, mamy to co mamy.

A gdyby tak…

A gdyby tak jakimś cudem powstrzymać w sobie tą cywilizacyjną potrzebę eskalacji doznań wszelakich? Nie wiem, jak mielibyśmy to zrobić. To nie takie hop siup. Bo to by oznaczało mniej więcej tyle, co rezygnację z koncertów pełnych ogni z tyłka i krwi lejącej się z uszu, z filmów pełnych szalonej akcji, zakręconej fabuły, efektów specjalnych, przemocy i różnych takich atrakcji. To by oznaczało rezygnację z odwiedzania portali informacyjnych, które w ofercie mają głównie sensację, tragedię i tępą rozrywkę. Wchodzę na jakiś popularny taki portal i w oczy głównie uderzają mnie tytuły typu: książę jest gejem, zakopał żywcem, pokazał owłosienie, skatował psa, oddał cześć szatanowi itd. 

To by oznaczało, że zaczęlibyśmy doceniać zwykłe rzeczy, których mamy opór, ale których na co dzień kompletnie nie zauważamy i nie doceniamy. Na przykład to, że wzeszło słońce. Czymże jest najbardziej nawet wypasiony hollywodzki film przygodowy w porównaniu z cudem jutrzenki? Niczym. To by oznaczało, że musielibyśmy poskromić w sobie nieposkromioną potrzebę podboju świata. Zignorowania wszechobecnego wyścigu szczurów. Takiego chorego przekonania, że tylko bycie pierwszym ma sens. 

I dalej.  

To by oznaczało, że mielibyśmy siłę by usiąść z kawą i po prostu siedzieć. Samemu albo z kimś. I spokojnie obserwować otaczające nas przedmioty. Albo ludzi przechodzących za oknem. To by oznaczało, że umielibyśmy się zmobilizować i pójść na pospolity, długi spacer z psem. Do lasu albo do parku. Bo te moje psie spacery trwają zwykle sekundę. Jak zwierzak zrobi co trzeba, od razu wracam do domu. No bo przecież ważne sprawy czekają. To by oznaczało, że mamy czas na spotkanie z Panem. Nie jakiś tam ochłap w czasie kiedy już nic innego nie jesteśmy w stanie zrobić. Prawda, że dzisiaj najbardziej rozmodlonym miejscem naszego życia wcale nie jest kościół, tylko samochód? Nie jestem wrogiem modlitwy w aucie. Absolutnie. Ale jestem wrogiem spychaniu jej na margines życia. Bóg zasługuje na to, by oddać mu kawałek naszego najcenniejszego czasu. To by oznaczało, że musielibyśmy pokochać ciszę. Najtrudniejsze. 

Chleb powszedni

Zapytałem kiedyś kumpla: o czym marzysz? On na to: żeby żyć bez dopalaczy. Nie chodzi o te chemiczne. Chodzi o te życiowe. O tą nieustanną pogoń za jakimś WOW! Życie samo w sobie jest największym WOW! W modlitwie Pańskiej jest taka fraza: chleba powszedniego daj nam dzisiaj.  Zawsze myślałem, że tu głównie o jedzenie i pieniądze chodzi. Ale tu chyba chodzi o coś jeszcze. To prośba o to, by Bóg dał nam zdolność i radość z przeżywania życia w najprostszy sposób. Bez dopalaczy, bez ciśnień, bez chorych aspiracji, bez wiecznej pogoni za jakimś WOW! 

Wieszcz pisał, że naprawdę zaczynamy coś doceniać kiedy to tracimy. Rację miał. Nie życzę nikomu, żeby cokolwiek ważnego tracił. Ale kiedy już coś ważnego się traci, wtedy odkrywamy jakimi pierdołami z cudzego życia zasypywaliśmy nasze własne. 

Adam Szefc Szewczyk