Eko pic

Ziemia odwróciła się od nas. Nikt już nie boi się powodzi, ani gradu nieszczącego plony. Jest tak sucho, że uprawiać można tylko jako tako wytrzymałą na obecne warunki kukurydzę. Dzień zaczynasz od przetarcia stołu i wszystkich zakamarków z pyłu, który dostaje się przez wszystkie szczeliny twojego domu. Niedługo jednak kukurydza też przestanie rosnąć. Czeka nas śmierć głodowa. To wizja świata z filmu Interstellar z 2016 roku. Kanibalizm w wysuszonym i wypalonym świecie z filmu The Road? Proszę bardzo. Gwałtowne zlodowacenie planety jako element naturalnego cyklu klimatycznego Ziemi? Kłania się Pojutrze. A może wybuch wulkanu w Los Angeles? Na gorącą przygodę zabierze cię Tommy Lee Jones. Sęk w tym, że to już nie tylko wizje kinematograficzne.

Dwie strony medalu

Niedawno pisaliśmy o tym, że nasz świat umiera. A zatem dziś trochę o tym, jak go ratować. Uwaga! Na końcu odważny pomysł! Tymczasem niedawno zakończyła się globalna konferencja klimatyczna ONZ – COP24 w Katowicach. Oficjalne komunikaty donoszą, że wszystkie strony uczestniczące w spotkaniu, w sobotę 15 grudnia, 2018 r. późnym wieczorem, po godzinie 23.00 podpisały dokument końcowy. Negocjatorzy ze 196 państw i Unii Europejskiej przez dwa tygodnie pracowali nad Pakietem katowickim, wdrażającym Porozumienie paryskie. Można wyobrazić sobie, jak trudne było to zadanie przy jednoczesnej konieczności pogodzenia różnych stanowisk. Zadowolenia nie krył prezydent COP24 Michał Kurtyka – jego (porozumienia, przyp. red.) wpływ na świat będzie pozytywny. Dzięki niemu uczynimy wielki krok w kierunku realizacji ambicji zapisanych w Porozumieniu paryskim. Ambicji, które sprawią, że nasze dzieci spojrzą kiedyś wstecz na nasze dziedzictwo i uznają, że ich rodzice podjęli właściwe decyzje w ważnym, dziejowym momencie.

Ha! – kpią hejterzy. Rozmowy o ekologii w Katowicach? Mieście, gdzie normy emisji szkodliwych związków zawsze są przekroczone, a o mieszkańcach chodzą kawały, że na wczasach na łonie natury czasem trzeba podłączyć się pod rurę wydechową samochodu, żeby dostarczyć organizmowi niezbędnych związków. Na potrzeby organizacji wydarzenia postawiono tymczasowe hale, których dmuchawy ogrzewały nie tylko wnętrze, ale i świat. Dotarli tu dygnitarze i celebryci, na czele z Arnoldem Schwarzeneggerem. Wszyscy przylecieli podgrzewającymi niebo samolotami. Śmiechu warte? Chciałbym zaproponować wszystkim hejterom organizację tak dużego wydarzenia i sprostanie wszelkim wymogom logistycznym, bezpieczeństwa, organizacji porządku obrad i wielu innych w sposób bardziej optymalny i oszczędny. Może się da? Ale to na marginesie. Chcę tylko powiedzieć, że gdzie rąbią drzewo, tam wióry lecą.

Nasz wpływ

A może jednak lepiej usiąść z założonymi rękami i nic nie robić? Taka teoria też jest popularna. Chodzi o założenie, że ludzie mają znikomy, albo żaden wpływ na zmiany klimatyczne, które są efektem naturalnego cyklu na naszej planecie. Wg propagatorów tego podejścia to wręcz pycha człowieka każe nam myśleć, że możemy mieć jakikolwiek wpływ na nasze środowisko w obliczu potęgi natury. Dołączane są do tej tezy w gratisie teorie spiskowe, że cała ekologia to pomysł na światowy biznes, kosztem maluczkich.

Przeciwnicy tego „mitu” uważają, że ziemia oczywiście przechodzi naturalne cykle, co jest przecież udowodnione, ale jednak przyśpieszamy te efekty, ponieważ naturalna emisja gazów cieplarnianych (w uproszczeniu: działalność wulkaniczna, zbiorniki wodne – parowanie wody oraz uwalnianie rozpuszczonych w niej gazów i aktywność biologiczna flory i fauny) jest kompensowana przez naturalne procesy (np. wietrzenie skał czy fotosynteza), a my dorzucamy na tyle od siebie, że ten balans zaburzamy. Coś w tym jest. Wprawdzie ilość dwutlenku węgla wydzielanego do atmosfery ziemskiej ze źródeł naturalnych jest 20 razy większa od emisji pochodzenia antropogenicznego (związanej z aktywnością ludzką jak m.in. spalanie paliw kopalnych, przemysł, wylesianie czy nawet chów bydła), jak podaje nam na tacy wikipedia, ale dobrze wiemy, jak małe nawet, ale stałe zmiany mogą mieć wpływ na wielkie sprawy.

Kto tu rządzi?

Dlaczego piszę ciągle „ponoć”, „wg nich”, „teoria” itd.? To właśnie problem – mimo dorobku ludzkiej wiedzy i nauki trudno obiektywnie rozwiązać ten i inne ekologiczne dylematy. Nawet naukowcy stoją na różnych stanowiskach, więc naukowy fundament nie jest pewny. A ponieważ problem jest globalny, to byłoby naiwne myśleć, że najwięksi gracze świata nie mają tu własnych interesów i nie sterują tematem ekologii. Dobrym przykładem są Chiny, które są obecnie największym emitentem CO2 na świecie (27% światowej emisji, na drugim miejscu USA – 15%, a na trzecim Indie – 7%. Dane z 2017 roku), a na konferencji klimatycznej w Berlinie w 2016 r. lansowały się jako główny innowator i animator zmian klimatycznych na świecie. Tyle w skrócie jeśli chodzi o interesy państwowe, a co z korporacjami? Okazuje się, że tylko 90 firm na świecie generuje aż 63% światowej emisji przemysłowej – jak opublikował w piśmie „Climatic Change” Richard Heede z Climate Accountability Institute w USA. Są tam m.in. firmy z radzieckiego przemysłu wydobywczego, chińskiego przemysłu węglowo-cementowego, amerykański gigant naftowo-gazowy ChevronTexaco, ExxonMobil z USA, Saudi Aramco z Arabii Saudyjskiej, brytyjski BP, rosyjski Gazprom, holenderski Shell, przemysł naftowo-gazowy w Iranie, a na dziesiątym miejscu… przemysł węglowy w Polsce, który ma 1,84 proc. udziału w globalnych emisjach gazów cieplarnianych – podaje za „Climatic Change” wyborcza.pl.  Są to zatem przedsiębiorstwa państwowe i prywatne. To tylko wskaźniki dotyczące emisji, ale oczywiste jest, że są przeliczalne bezpośrednio na zyski firm. Gdzie zaś mowa o pieniądzach, tam niestety pojawia się korupcja i nie mam tu na myśli tylko tej politycznej, biznesowej, która idzie w parze z władzą, ale przede wszystkim korupcję mentalną i duchową ludzi. Rodzi się mechanizm usprawiedliwiania użycia różnych środków do celu. Ale o tym jeszcze za chwilę.

Śmierdząca sprawa

A co z krowami? A co mają do tego krowy? Otóż okazuje się, że mają bardzo wiele. Przerobiliśmy wskaźniki krajowe, firmowe, a teraz pora na sektory. Okazuje się, że hodowla krów generuje 18% emisji gazów cieplarnianych, co jest prawie równe całej, światowej branży transportowej! Szok. Tak donosi raport brytyjskiego instytutu Chatham House. Mniej dociekliwi mówią, że chodzi o… krowie bąki (jako efekt przemiany materii i wytwarzania metanu w przewodzie pokarmowym krów). Jeśli same krowy „wybąkują” tyle, co cały transport na świecie, to mam to w… – dalej jeżdżę dieselem bez filtra. Może się pojawić taka pokusa. Oczywiście teza jest dość mocno uproszczona, bo w wyliczeniu wzięto pod uwagę nie tylko same gazy naturalnego pochodzenia, ale czynniki pośrednie prowadzące do zwiększonej emisji gazów cieplarnianych jak stosunek absorpcji gazów na łąkach potrzebnych do wypasania w stosunku do lasów, które mogłyby w tym miejscu rosnąć, albo emisję generowaną przy produkcji paszy itd. Jednakże badania dowodzą, że choć całkowite wyeliminowanie mięsa z ludzkiej diety w skali całego świata, nie od razu poprawiłoby wskaźniki emisji, to jednak miałoby znaczący wpływ na poprawę sytuacji.

To nie koniec

No dobrze, ale kręcimy się w kółko wokół gazów cieplarnianych. A co z innymi aspektami ekologii? Co ze zużyciem wody, wylesianiem, technologiami itd.? Choć chyba nie ma na to twardych dowodów, dość często można usłyszeć, że ekologiczne technologie do stosowania na wielką skalę, już dawno zostały opatentowane i pochowane do szuflad wielkich korporacji naftowych i gazowych. Wszystko po to, żeby zachować tymczasowy status quo i wciskać konsumentom produkty na węgiel, benzynę czy gaz, a gdy wyczerpiemy już zasoby nieodnawialne, strumień pieniędzy popłynie z innego źródła. Bo przecież każdy będzie musiał kupić samochód na ogniwa wodorowe, albo korzystać z sieciowego prądu z elektrowni na fuzję jądrową. Co się tyczy wody, to rzekomo na przykładzie USA tylko 5% używanej wody stanowi wykorzystanie do użytku domowego, a aż 55% na chów zwierząt! Albo inaczej mówiąc, ponoć na wyprodukowanie jednego hamburgera konieczne jest 2500 litrów wody! Chodzi o cały ciąg technologiczny od produkcji paszy dla zwierząt, przez ubój i przetwórstwo, aż po podanie klientowi zgodne z zasadami higieny. Ale nawet jeśli to prawda, to czy mamy sobie odpuścić zakręcanie kranu podczas mycia zębów?

A daleko posunięty konsumpcjonizm? To proces nakręcony do granic szaleństwa. Zaimplementowane w produktach mechanizmy postarzania produktów („znowu popsuło się 2 dni po końcu gwarancji”) to już dziś nie teoria spisku, ale jawne działanie, do którego przyznają się koncerny. Dlaczego urządzenia kiedyś działały całe dziesięciolecia, mogły być serwisowane, a dziś mimo lepszych technologii po określonym czasie nadają się tylko do utylizacji? To profity dla producentów i całej branży utylizacyjnej. Wytworzyć rzeczy trwałe i naprawialne się da, ale się nie opłaca. A zatem spirala się kręci.

1000 osób

No dobra, pojawia się zatem klasyczne pytanie – jak żyć? W tym sęk. Po jednej stronie mamy propagatorów godności karpii, albo skrajnych vegan, którzy gdyby mogli, wyłączyliby jednym przyciskiem globalną produkcję mięcha. Z drugiej mamy „wszystkojednowców”, którzy kupując kolejnego smartfona z Chin twierdzą, że natura sobie poradzi. I rzeczywiście może ci drudzy mają rację, tylko skutki tego poradzenia sobie z sytuacją odczuje nasz gatunek. Być może będzie to ostatnie, co w ogóle odczuje.

A ja postawię odważną tezę. Gdyby zmienić serca i umysły 1000 osób na świecie, rozwiązalibyśmy globalnie problem ekologii, a także głodu, chorób i innych. Dlaczego 1000 osób? Weźmy 200 szefów największych korporacji, kolejnych 200 władców państw, 600 innych prominentnych działaczy, celebrytów, wpływowych osób i zaszczepmy im troskę o zrównoważony rozwój, rozsądne zarządzanie zasobami, dzielenie się technologiami, koncentrację na praktycznych badaniach naukowych zamiast tworzeniu pustej, ciągle rosnącej bańki finansowego powietrza. Niezła utopia. Zgadza się. Utopią w ludzkim myśleniu jest taki stan rzeczy, ale w Bożym myśleniu, to realna możliwość. Współdziałanie, miłość bliźniego, troska o powierzony świat. Śmiem twierdzić, że my, maluczcy mamy trochę usprawiedliwione sumienie w kontekście tych spraw, bo mamy na nie mizerny wpływ, bez względu na to czy bierzemy prysznic, czy kąpiemy się w wannie, albo jemy otręby zamiast steka. Możemy za to modlić się za tych, którzy mają prawdziwy wpływ na świat i to oni w głównej mierze mają powierzoną Bożą misję „czyńcie sobie ziemię poddaną”. To wbrew pozorom nie znaczy „używajcie ziemi do woli”, ale „powierzam wam ją w zarząd i rozliczę was w przyszłości”.

Krzysztof Zieliński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *