Schody do nieba

Dostałem niedawno takiego sms-a: Jezu, dziękuję Ci za codzienne drobne krzyżyki, za przeciwności w moich zamiarach, za trud życia wspólnego, za złe tłumaczenie intencji, za poniżanie przez innych, za cierpkie się obchodzenie z nami, za posądzenia niewinne, za słabe zdrowie i wyczerpanie sił, za zaparcie się własnej woli, za wyniszczenie swego ja, za nieuznanie w niczym, za pokrzyżowanie wszystkich planów. To Faustyna. 

Ktoś może powiedzieć, że to jest chore. Że to przejaw masochizmu. Jak można dziękować za coś, co jest zaprzeczeniem wszystkiego co moglibyśmy nazwać szczęściem? A jednak można. Różnica pomiędzy masochizmem, a świętym umiłowaniem cierpienia jest zasadnicza, choć często nieuświadomiona: dla masochisty źródłem szczęścia jest sam ból. Dla świętego – podobieństwo do Chrystusa. Świętość w wydaniu choćby świętej Faustyny to dla większości z nas abstrakcja, kompletnie niedostępna twierdza. I naprawdę, to, że coś nas przerasta, nie musi być powodem by to przekreślać. A zwykle tak robimy. Jeśli czemuś nie jesteśmy w stanie sprostać albo tego zrozumieć, odrzucamy to jako nic nie znaczące. Uznać, że jest się cienkim bolkiem potrafią tylko najwięksi. Myślę, o takim uznaniu swojej nędzy, która NAPRAWDĘ wynika z pokory, a nie z pychy. Świetnie pisze o tym św. Franciszek Salezy:

Nieraz mówimy, iżeśmy niczym, iżeśmy samą nędzą i śmieciem na ziemi. Atoli, bardzo by nam było przykro, gdyby nas wzięto za słowo i ogłoszono takimi, za jakich się podajemy. To znów usuwamy się na pozór i kryjemy, żeby nas szukano. Udajemy, że chcemy być ostatnimi i zasiadać u końca stołu, lecz po to, by nas z większą dla nas chlubą wezwano na pierwsze miejsce . 

Jeśli miałbym wskazać jakąś definicję pokory, sięgnąłbym do źródła: 

On to, istniejąc w postaci Bożej,

nie skorzystał ze sposobności,

aby na równi być z Bogiem,

lecz ogołocił samego siebie,

przyjąwszy postać sługi,

stając się podobnym do ludzi.

A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka,

uniżył samego siebie,

stając się posłusznym aż do śmierci –

i to śmierci krzyżowej (Flp 2, 6-8).

Jezus, Syn Boży stał się ubogi i pokorny już w momencie wcielenia. Urodził się w żłobie, uciekał z rodzicami do Egiptu przed mordercą Herodem. Potem wiódł proste życie zwykłego robotnika w Nazarecie. Stał się wędrownym kaznodzieją bez domu, majątku i rodziny. Umarł obdarty z wszystkiego – z godności i jakiejkolwiek sprawiedliwości. Nawet z własnego ubrania. Jak kryminalista i wyrzutek. Nawet grób w którym spoczął nie należał do Niego. Pokora totalna. 

Zadziwiające, jak my, deklarujący chęć podobieństwa do Chrystusa jednocześnie usilnie od tego podobieństwa uciekamy. Bądźmy uczciwi. W wielu miejscach życie świeckich i duchownych członków Kościoła ma niewiele wspólnego z Chrystusową pokorą i ubóstwem. Wiele rzeczy gorszy. Zniesmacza. Burzy wiarę. Wiem, wiem. Pieniądze są potrzebne. Jak jedzenie. Ale zbyt często zasłaniając się takimi oczywistościami chcemy ukryć nasze pospolite obżarstwo. Pewne zabawne powiedzonko świetnie to ilustruje: 

lepiej żeby grzeszne ciało pękło, niż dar Boży miał się zmarnować (he,he) 

Zresztą heloł , sam Franciszek alarmuje: pieniądze mogą przynieść Kościołowi zgubę! To papież, któremu jakoś tak szczególnie leżą na sercu ubodzy. Nie przez przypadek usłyszał zaraz po wyborze od jednego z kardynałów, by pamiętał o biednych. Nie przez przypadek wybrał imię Franciszek, z wyraźnym wskazaniem na biedaczynę z Asyżu. Nie przez przypadek konklawe nie wybrało papieża z sytej Europy czy Ameryki Północnej, tylko z miejsca, gdzie ubóstwo to coś realnego i na wielką skalę. Nie przez przypadek Franciszek ustanowił niedawno Dzień Ubogiego. 

Jeśli chcecie uczcić Ciało Chrystusa, to nie lekceważcie Go dlatego, że jest nagie. Nie czcijcie Chrystusa Eucharystycznego jedwabnymi ozdobami, zapominając o innym Chrystusie, który za murami kościoła jest nagi i cierpi z zimna.

Kto to powiedział? Św. Jan Chryzostom. Kto to zacytował? Papież Franciszek w orędziu na I Światowy Dzień Ubogich. 

Takie słowo mogą brzmieć jak zgrzyt. I pewnie brzmią. 

Nie wiem też jak w tym kontekście ugryźć coraz bardziej popularną amerykańską Ewangelię sukcesu (Prosperity Gospel). Zakłada ona, że zdrowie i pieniądze są dowodem Bożego błogosławieństwa. Czyli, że chorym i biednym (w rozumieniu tej koncepcji) Bóg nie błogosławi? To co ze św. Franciszkiem, Martą Robin czy Faustyną Kowalską? Co z Jezusem? Nie mam pomysłu. Ewangelia sukcesu przyciąga coraz więcej ludzi. I naprawdę nie wiem, czy tu chodzi bardziej o miłość do Jezusa czy do satysfakcjonującego życia. Z Biblijnej nauki o krzyżu wynika, że to co nas najbardziej uwiera najbardziej nas zbawia. Nie na odwrót. 

Św. Ignacy Loyola wyróżnia trzy stopnie pokory. 

Pierwszy stopień pokory oznacza, że nie zrobiłbyś niczego co w jakimkolwiek stopniu mogłoby oddzielić cię od Boga. Jak pisze Aschenbrenner: Jest to równoznaczne z tak wielką miłością do kogoś, że zadałbyś sobie każdy konieczny trud, by odpowiedzieć na wyraźnie określone pragnienie danej osoby.

Drugi stopień pokory polega na tym, że stojąc wobec jakiegoś wyboru, dążysz do tego by uwolnić się od pragnienia drogi, która mogłaby ci dać bogactwo, zaszczyty i długie życie. Tu chodzi o całkowite podporządkowanie się woli Boga.

Trzeci stopień pokory to decyzja, by stać się tak ubogim i odrzuconym jak Jezus. Ten sam  Aschenbrenner pisze: w tym oto punkcie pragnienie naśladowania staje się żarliwym pragnieniem, by mieć udział w całym jestestwie i stanie Ukochanego.

Uff… No cóż, teologia sukcesu to nie jest. To takie schody do nieba. Na jakim stopniu jesteś? Bo ja wciąż szykuję się do wejścia na pierwszy. 

 

Adam Szefc Szewczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *