Wstań i idź do… Szumilina!

Jako że o posłudze wolontariuszy na Białorusi zostało (i zapewne zostanie jeszcze) wiele napisane, chciałabym się podzielić bardziej prywatnym świadectwem.

Zainteresowałam się wolontariatem misyjnym Niniwy po przeczytaniu relacji koleżanki. W głowie zrodziła mi się wówczas idealistyczna wizja ratowania białoruskich dzieci z ubogich, patologicznych rodzin, a jednocześnie czułam, że jest to coś jeszcze – moja szansa od Boga. Odpowiedź na liczne prośby o uzdrowienie z fobii społecznej, z którą zmagałam się od dzieciństwa, a terapia i leki nie przynosiły znaczących efektów.

Decyzja o wyjeździe nie przyszła tak łatwo jak na początku myślałam. Na pierwszym zjeździe uświadomiłam sobie, że praktycznie cała posługa wolontariuszy składa się z rzeczy, od których latami uciekałam, dlatego spanikowałam i postanowiłam zrezygnować. Wtedy zdarzyło się jednak coś, czego nie umiem odpowiednio nazwać… Podczas Mszy w kaplicy przeczytałam namalowane na ścianie wezwanie z Księgi Jonasza: „Wstań i idź do Niniwy!”. Przeszyło mnie. Zaczęło się wwiercać do głębi mojego ducha tak mocno, że nie byłam w stanie od niego uciec. Zobaczyłam te słowa po raz pierwszy, mimo że moje oczy wielokrotnie już je widziały. Dostałam od Boga zrozumienie, głębokie przekonanie, że powołuje mnie do tego wyjazdu, a Szumilino jest moją osobistą Niniwą. Dopiero wtedy dotarło do mnie znaczenie samej nazwy oblackiego wolontariatu – wcześniej nie interpretowałam jej w kontekście lęku i trudów powołania Jonasza, a jedynie jako zachętę do misji ewangelizacyjnej. Postanowiłam więc, że pojadę. Nie chciałam się buntować i uciekać, ale też – przede wszystkim – Jezusowi nie sposób odmówić. Kiedy przychodzi, zalewa taką miłością, że człowiekowi pozostaje tylko powiedzieć: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść” (Jr 20, 7).

Przez następnych kilka miesięcy czułam powracającą pokusę, żeby zrezygnować. Miałam wrażenie, że Bóg będzie musiał mnie siłą wepchnąć do pociągu i zablokować drzwi, żebym wysiadła z niego dopiero na Białorusi. 🙂 Dał mi 100%-ową pewność co do tego, jaka jest Jego wola, więc nie mogłam szukać wymówki, że inaczej rozeznałam – w tym przypadku rezygnacja oznaczałaby jawny bunt. Wyjechałam i – choć w nocy przed wyjazdem miałam nadzieję na nagłą Paruzję – czułam w sercu obietnicę, że Szumilino okaże się miejscem niezwykłym.

I takie się okazało. Sama możliwość znalezienia się w środku Bożego dzieła, jakim jest pomoc oblatów (a właściwie jednego oblata ;)) i sióstr szarytek białoruskim dzieciom, była dla mnie łaską i zaszczytem. Nie chcę się za bardzo rozpisywać, więc opowiem krótko, że choć nie był to łatwy czas, Jezus nieustannie dawał mi dowód Swojej Obecności – Obecności zarówno w sercach ludzi (dzieci, wolontariuszy, organizatorów), jak i w codziennych wydarzeniach, które Mu zawierzyłam. Poprosiłam o coś i dostawałam to w przeciągu kilku godzin, czasem minut. Któregoś dnia mieliśmy za zadanie napisać list do Jezusa. Rozpoczęłam swój słowami „pomóż mi, żebym się tak nie bała”, a wieczorem – kiedy losowaliśmy wersety z Pisma Świętego jako odpowiedź na nasze listy – wyjęłam karteczkę ze zdaniem „Nie bój się, bo Ja ci pomagam” (po rosyjsku oczywiście). Posłużył się dosłownie tymi samymi słowami, których użyłam w liście. Popłakałam się z wrażenia.

Cały wyjazd był dla mnie lekcją bezinteresownej miłości, służby i ufności wobec Boga, a Szumilino stało się miejscem szczególnej łaski. Otrzymałam full pakiet stresujących wyzwań, w których codziennie się ćwiczyłam, dzięki czemu np. po jakimś czasie nie odczuwałam już takiego lęku przed jedzeniem w obecności ludzi. Wyjechałam w jakimś stopniu odmieniona, dlatego cząstka mojego serca na stałe pozostała w tej małej, białoruskiej parafii. O tym, jakie skarby Bóg ukrył w Szumilinie, świadczy choćby fakt, że po powrocie złożyłam papiery na filologię białoruską, żeby lepiej przygotować się do kolejnego wyjazdu za rok. 😉

KK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *