Największy z charyzmatów

Wpisuję w wyszukiwarce “Ruchy charyzmatyczne w Kościele Katolickim”. I czytam tytuły: 

Ruch charyzmatyczny w Kościele. To dobrze czy źle?  

Czy charyzmatycy protestantyzują Kościół?   

Ruchy charyzmatyczne. Koń trojański w Kościele Katolickim.  

Ruchy charyzmatyczne. Zagrożenia.  

Ruchy charyzmatyczne. Lucyferyczny plan zniszczenia. 

itd itd.

O co chodzi, myślę sobie. Skąd to halo i ten alarm? Otarłem się niejednokrotnie bardzo mocno o kościół charyzmatyczny. Widziałem rzeczy, które gdyby działy się na normalnej niedzielnej Mszy, większość wiernych pouciekała by z krzykiem. Znam osobiście osoby, które w Polsce uchodzą za charyzmatyków. Często bardzo popularnych. I zastanawiam się jak tu o tym wszystkim pisać, żeby się nikomu nie narazić i nikogo nie dotknąć. Trochę wyolbrzymiam. No, ale nie da się ukryć, że jest to temat, który dzisiaj bardzo mocno dzieli Kościół. Niestety nie jedyny. Sam kiedyś na własnej skórze przeżyłem jak działa charyzmat. Byłem na rekolekcjach w bardzo znanym pielgrzymkowym miejscu. Ostatnim punktem programu była modlitwa o tzw. wylanie Ducha Świętego. Podchodzę do kapłana. On podnosi ręce i kładzie mi je na głowie. No i sieknęło mnie. Momentalnie zalałem się łzami i gdybym miał słowami opisać co wtedy czułem, powiedziałbym tak: poczułem błogie ciepło, jakby mały promyczek Bożej miłości ogarnął moje wnętrze. I usłyszałem głos: gdybyś ty wiedział, jak bardzo cię kocham… Kilka lat później trafiłem na inne rekolekcje. Też charyzmatyczne. Spektakularne uzdrowienia itp. Działo się. Oj działo. Zafiksowany na charyzmaty chciałem za wszelką cenę wejść do tej wspólnoty. Jeździłem na ich Msze uzdrowieniowe, spotkania formacyjne, czytałem wspólnotową lekturę. I pewnego razu w rozmowie z osobą z tej wspólnoty usłyszałem takie słowa: biegamy za charyzmatami jakby one były istotą. A przecież największym charyzmatem jest miłość. Przez moment stałem jak wryty. Coś się we mnie ocknęło. Zrozumiałem, że jestem religijnym wieśniakiem, który jak dziecko chodzi po odpuście szukając błyszczących świecidełek i hałaśliwych kapiszonów. Miłość to największy charyzmat. Jeżeli potrafię kochać, tak by zapomnieć o sobie i umierać dla drugiej osoby to dzieje się cud, przy którym wszystkie charyzmaty razem wzięte są jak garść kolorowych, bezwartościowych kamyczków. Oczywiście kochać tak o własnych siłach nie potrafię. Nie muszę. W chrześcijaństwie chodzi o współpracę bezsilnego człowieka z wszechmocnym Bogiem. Wtedy wszystko jest do zrobienia. I wiecie co, nie wszedłem do tej wspólnoty. Nie żebym miał coś przeciw charyzmatom w Kościele. Charyzmaty to ewangeliczna rzeczywistość i jej istnienie jest przejawem działania Ducha Św. Z tym nie ma co dyskutować. I nie będę pisał o herezjach i nadużyciach w tym temacie. W sumie nie interesuje mnie to. Nie uciekam z kościoła, gdy charyzmatyk prowadzi modlitwę. Ale też nie pcham się do niego na siłę, żeby mnie zobaczył i dotknął. Może to się kiedyś zmieni. Całkiem możliwe. Teraz żyję tymi słowami, które kiedyś powiedziała mi znajoma: pamiętaj, największym charyzmatem jest miłość. 

Adam Szefc Szewczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *