Piłka zmyłka

Cristiano Ronaldo zapytany o to, kto jest najlepszym piłkarzem w historii, bez wahania odpowiada: ja. Tutaj zapada chwila niezręcznej ciszy. Inna rzecz, że Ronaldo być może ma rację. I po prostu szczerze mówi to, co myśli. Pamiętam kazanie pewnego księdza. Dawno to było. Zapytał ludzi o imię diabła. Lucyfer, Belzebub, Lewiatan, szatan! – padały gromkie odpowiedzi. Zgadza się – powiedział kapłan. Ale dla mnie, najbardziej wymownym imieniem diabła jest … JA. Naprawdę sam nie wiem co myśleć o tym Ronaldo, który jest dzisiaj ikoną człowieka spełnionego totalnie. Bo często za naszym betonowym oporem przed pochwaleniem samych siebie ukrywa się pełzająca pycha. Paraliżuje nas obawa przed tym, że ktoś mógłby nas uznać bufonów. Albo po prostu boimy się, że życie nie potwierdzi naszej rzekomej klasy.

A tak w ogóle to żal mi tych naszych piłkarzy. Jak to się mówi w moim branżowym języku (jestem muzykiem :-)), mają swojego joba. Jak każdy. I chyba nie jest ich winą, że media i biznes zbytnio nadmuchały cały ten piłkarski balon. Lewandowski i jego koledzy wyskakiwali z każdego ekranu, gazety, billboardu, lodówki i tornistra. Oczekiwania wobec nich stały się z lekka odrealnione. Oni zapewne mieli świadomość tych oczekiwań. Ja z taką presją nie umiałbym zrobić jednego kroku. A oni musieli zaiwaniać po boisku tam i z powrotem. A może jednak trochę są winni? Może coś uśpiło ich czujność. Może odpuścili, bo zbyt pewnie się poczuli? Może. Mnie w takich sytuacjach zawsze interesuje jedno: jak się zachować, kiedy wali się świat. Odpowiedź wydaje się prosta: uczciwie walnąć się w pierś i iść dalej. To zasada ewangeliczna. Zawaliłeś? Mea culpa i zaczynasz od nowa. I nie wracasz do tego co było. I wydaje się, że nasi piłkarze tak zrobili. Cenię ich za to. Nie raz, nie dwa zabrakło mi takiej mądrości. Zamiast przyjąć porażkę i zostawić za sobą, nie umiałem się z nią pogodzić i pozwalałem by dręczyła mnie od rana do nocy.

Z drugiej strony mamy świeży wciąż sukces siatkarzy. Totalny. Jakby na osuszenie naszych piłkarskich łez. Zupełnie inne proporcje. Inny szum medialny, inne zainteresowanie, inne oczekiwania. Mój syn ma w pokoju cztery plakaty słynnych piłkarzy, trzy książki biograficzne i setki futbolowych kart kolekcjonerskich. Z siatkarzem nie ma nawet jednego znaczka pocztowego. Kwoty też inne. Polski Związek Piłki Siatkowej wzbogaci się na tym sukcesie o 200 tys. dolarów. Natomiast za sam odpadnięcie z grupy na piłkarskich mistrzostwach świata FIFA wypłaciła PZPN-owi 8 mln dolarów, czyli… 40 razy więcej (sic!). Dla zainteresowanych: Francuska federacja piłkarska za wygranie mundialu otrzymała od FIFA 38 mln dolarów :-). No ale, jaka praca, taka płaca.

Jest coś ujmującego w takim nie do końca oczekiwanym sukcesie. Kiedy wygrywa ktoś teoretycznie słabszy (choć powiedzmy sobie szczerze, polscy siatkarze bronili tytułu mistrza świata). Większość historii i bohaterów naszej kultury bazuje na tym schemacie: ostatecznie wygrywa pozornie słabszy. Od Bajek braci Grimm po Gwiezdne Wojny. Jest jednak pewna historia, która stała się (tak myślę) inspiracją dla tych wszystkich innych historii. I wydarzyła się naprawdę. Dwa tysiące lat temu. Sromotna porażka, która tak naprawdę była preludium do totalnego tryumfu. Życzę każdemu, aby ta najpiękniejsza historia świata realizowała się w jego życiu co dnia. Z sobą i polskimi piłkarzami włącznie.

Adam szefc Szewczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *