Relacja z wolontariatu misyjnego na Ukrainie

Pamiętam jak 14 lipca stałem na dworcu w Katowicach pełen obaw i lęków przed wyjazdem. Stałem tam, nie przypuszczając jak wielka przygoda mnie czeka. Przygoda, na którą posłał mnie Pan Bóg. „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15)

Był to mój pierwszy wyjazd w ramach wolontariatu misyjnego Niniwa ( i napewno nie ostatni ), który działa pod opieką Ojców Oblatów. Miejscem, które wybrałem, był Tywrów znajdujący się na Ukrainie. Wiedziałem o tym miejscu tylko tyle, że Ojcowie remontują tam stary klasztor i organizują tam festiwal dla młodzieży. I właśnie budowa kościoła była najbliższa mojemu sercu. Jak się później przekonałem, nie budowaliśmy tam jedynie Kościoła fizycznie, ale przede wszystkim duchowo.

Każdy dzień rozpoczynaliśmy od Jutrzni i kontemplacji Słowa Bożego. Następnie śniadanie w kuchni, podczas którego Brat Jan codziennie rozdzielał nam zadania. Różnorodność prac była ogromna: od pomocy przy remoncie Kościoła, przez odkrywanie anatomii świni, po sprzątanie całego klasztoru. Po pierwszej fazie pracy około godziny pierwszej jedliśmy wspólnie obiad, wracaliśmy do pracy, by o godzinie 17:30 spotkać się na wspólnym różańcu i Eucharystii. Po „duchowej” kolacji, następował czas tej fizycznej. Wieczorem, wspólnie z Ojcami, integrowaliśmy się – godziny rozmów, oglądanie filmów, granie w gry zespołowe ( piłkarzyki, pingpong, siatkówka ).

Na miejscu ujął mnie wielki klasztor. Wielki nie tylko rozmiarem, ale także duchem, wypełniony cząstkami tych wszystkich, którzy kiedyś zaufali Panu Bogu i uwierzyli, że może jednak uda się go odbudować. Gdy widziałem zdjęcia ruin kościoła z przeszłości, a później przechadzałem się korytarzami i dostrzegałem zmiany oraz pracę jaka została tam włożona, nie potrafiło do mnie dotrzeć, jaki cud tam się stał. Przez każde dotknięcie ściany, każdy krok, dało się odczuć tych wszystkich, którzy zostawili tam swoje serce by odbudować coś, co wydawało się nie do odbudowania.

Gdy odjeżdżałem, pierwszy raz w życiu poczułem tak silne związanie z jakimś miejscem. Patrząc na ten klasztor czułem, że zostawiłem tam cząstkę siebie, do której będę chciał wracać jak najczęściej. Dzięki temu, mimo że mieszkam kilkaset kilometrów od Tywrowa, czuje się odpowiedzialny za to dzieło, które w dalszym ciągu się tam tworzy. W jakimś sensie stało się ono także moim dziełem.
Jednak nie tylko Kościół fizyczny przeszedł metamorfozę, lecz także duchowy. Ojcowie zachwycili mnie swoja otwartością na drugiego cżłowieka. Każdy, kto chciał, mógł po prostu przyjść do klasztoru i spędzić tam czas. Nigdy nie widziałem takiej otwartości. Naprawdę zobaczyłem tam żywy Kościół, w którym parafia staje się wspólnotą ludzi wierzących, a każdy czuje się odpowiedzialny za wspólny dom. Ogromnym szokiem było dla mnie, gdy ludzie przychodzili o różnej porze dnia i pytali jak mogą pomóc, bo mają chwilę wolnego. Jest to świadectwo, że ten Klasztor nie jest dla nich tylko miejscem modlitwy.

Kuchania, o której muszę wspomnieć, ponieważ, jeżeli kaplica była najważniejszym miejscem w klasztorze, to na drugim miejscu znajdowało się właśnie to, z pozoru niewinne pomieszczenie. Atmosfera i ciepło jakie stworzyła Pani Gala, czyli szef kuchni, jest nie do opisania. Siedząc w kuchni czułem się jak w domu, gdy pomagam mamie w gotowaniu czy sprzątaniu. Przeważnie do klasztoru wchodziło się przez Kuchnie. Teraz wiem, że każdy kto tam wchodził, musiał przejść przez kuchnie aby doświadczyć tego, co najważniejsze w tym budynku, czyli miłości drugiego człowieka, która po prostu się stamtąd wylewała. Naprawdę, mycie garnków nigdy nie było dla mnie tak przyjemne, jak w Kuchni w Tywrowie. ( Słowo „Kuchnia” dużą literą nie jest przypadkowe)

Teraz w głowie czytelnika rodzi się pytanie – no i gdzie ta wielka przygoda? – i w jakimś sensie nie potrafię tego wytłumaczyć. Jechałem tam z myślą budowania kościoła, a tak naprawdę to miejsce zbudowało mnie. Rozmowy z oblatami, Wiolą, Pauliną i Agatą na przeróżne tematy, wymiana poglądów, ale przede wszystkim doświadczenie życia tam na miejscu, zmieniło moje podejście do życia. Świadectwo Ojców, które pokazuje, że Pan Bóg naprawdę troszczy się o swoje dzieci.

Pan Bóg dotknął mnie tym, że ludzie tam mimo tego, że mają bardzo mało, to potrafią dać więcej niż mają. Dzięki pracy i ludziom poznawałem tam samego siebie. Pan Bóg pozwalał mi odkrywać moje wady i dawał mi łaskę, abym nad nimi pracował.

Wiem, że to miejsce potrzebuje jeszcze wiele pracy. Ale wiem też, że Pan Bóg troszczy się o swoje rozpoczęte dzieło. Pojechałem tam dać siebie, a otrzymałem stokroć więcej.

Dziękuje każdemu kto dotarł do tego momentu. Ta relacja może jedynie nakreślić to jak wyglądała nasza posługa. Trzeba to przeżyć, żeby zrozumieć czym jest to miejsce. Żadne słowa nie oddadzą tego co zostało w naszych sercach i jakim wielkim błogosławieństwem dla każdego z nas był ten wyjazd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *