Wolontariat w Tywrowie – relacja Agaty Kosowskiej

To mój trzeci wyjazd na wolontariat misyjny. Poprzednie dwa lata wyjeżdżałam do Szumilina (Białoruś), gdzie oblaci organizowali Wakacje z Bogiem dla dzieci z ubogich rodzin. W tym roku , dla odmiany, postanowiłam wypróbować swoich sił w nowym miejscu, oddalonym na południe od białoruskiego miasteczka prawie 900 kilometrów. Tak wylądowałam w Tywrowie (Ukraina).
Na początek może kilka suchych faktów. 11 lipca wraz z Pauliną dotarłyśmy na Ukrainę. Kilka dni później dołączyli do nas Wiola z Rafałem. Wiedziałam o Tywrowie tyle, że jest to placówka oblacka i nasza praca będzie się przede wszystkim opierać na pracy fizycznej.

Może i da się chociaż pokrótce przedstawić, jak wyglądał nasz pobyt na wolontariacie misyjnym, ale z pewnością to zupełnie co innego niż przeżyć to samemu… Może da się opisać naszą posługę, czym się tam zajmowaliśmy itp., ale atmosfery, która tam była, przez szybę ekranu się nie poczuje. Trzeba tam po prostu przyjechać i tego doświadczyć.
Generalnie każdy dzień zaczynaliśmy wspólną modlitwą (przepraszam, najpierw, leżąc sobie jeszcze spokojnie w łóżku, można było usłyszeć przez okno krzyki brata Jana „Maryśki”, pora wstawać!”). Każdy dzień przynosił nowe doświadczenia i przygody. Zawsze przy śniadaniu była przydzielana konkretna robota, której odnoszę wrażenie, nigdy tam nie brak. Codziennie mieliśmy okazję wcielać się w nowe role, a to w masarza (przy świniobiciu), a to w konserwatora powierzchni płaskich (i nie tylko płaskich), a to znowu w kucharkę czy ogrodnika. Sterty ubrań do prasowania czy garnków do mycia nie były nam straszne. Ale żeby nie przerazić za bardzo przyszłych wolontariuszy, obowiązkowo muszę dodać, że oczywiście, oprócz pracy, znalazł się też czas na chwile relaksu. Czy to oglądając film wspólnie z oblatami, czy to grając w tenisa stołowego, siatkówkę, bądź grając na gitarze nad Bugiem. Ojcowie pokazali nam okoliczne miasto Winnicę, a w drodze powrotnej do Polski, o. Rafał zabrał nas nawet do Lwowa, gdzie dodatkowo specjalnie załatwił dla nas panią przewodnik. Kobieta z takim zaangażowaniem oprowadzała nas po mieście, ze aż się serducho radowało, że jeszcze są tacy ludzie. W trakcie naszego pobytu mieliśmy okazję wziąć udział również w festiwalu Tchnienie Życia. Motyw przewodni – relacja (czyli temat, który, myślę, pojawia się w moim życiu nie przypadkowo, bo chodzi za mną już od roku…). Tchnienie Życia to czas spotkania fantastycznych ludzi, wsłuchiwania się w bardzo ciekawe konferencje, czas wspólnej modlitwy no i oczywiście zabaw do późnych godzin nocnych.

Ale żeby nie było tylko takiej sielanki, to wspomnę o najbardziej traumatycznej pracy, którą tam przeżyłam, a było nią… składanie kościelnych żyrandoli z mosiądzu (o, zgrozo!) Nie sądziłam, że będzie to aż takie ciężkie. Składając kolejny żyrandol, słyszałam jak pod rękawiczkami pękają mi kolejne blazy na ręce. Pamiętam, że tego dnia na jutrzni był fragment z 2 Listu do Koryntian „Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”. Przypadek – nie sądzę… Od tamtej chwili kiedy patrzę na żyrandole w kościele, to przechodzą mnie ciarki.

Oczywiście nie obyło się też bez przypałów. Po tym jak wsypaliśmy ojcu proboszczowi do miseczki z kaszką manną szczyptę pieprzu i soli, ojciec oświadczył, że mamy teraz już przepieprzone do końca wyjazdu. Także jedno jest pewne – poczucie humoru towarzyszy tym ludziom w każdej chwili.
Myślę, że gdyby mi ktoś wcześniej powiedział, że będę od rana do wieczora nieustannie pracować, śpiąc przy tym po zaledwie parę godzin i będę z tego czerpać radość, to bym mu nie uwierzyła. Dzisiaj wiem, że to nie miejsce, a ludzie czynią nasze życie wyjątkowym. Począwszy od najwspanialszych ojców oblatów (o. Witalija, o. Rafała, o. Wadima i brata Jana), poprzez panią kucharkę Galę, pana konserwatora Kolę, skończywszy na Paulinie, Wioli i Rafale, którzy wnieśli tyle dobra w moje życie, że nie sposób tego wyrazić. Tywrów już nie jest dla mnie jakimś odległym punktem na mapie świata. Tywrów to przede wszystkim wspaniali ludzie, to piękna przyroda, to nowe doświadczenia, to nocne rozmowy o życiu, pokonywanie własnych granic, uśmiech brata Jana, kiedy po raz kolejny planował jakiś żarcik, czy smak naleśników pani Gali. Można by długo wymieniać… I chociaż, jak to na każdym wyjeździe, zdarzały się kryzysy, to właśnie w tych dniach najbardziej odczuwałam miłość i opiekę Taty. Widzę, jak bardzo mnie różne sytuacje umocniły i jak wiele mogłam się przez nie nauczyć. A taka nauka, myślę, jest najcenniejsza w życiu.
Na koniec chciałabym zachęcić wszystkich, którzy by chcieli, którzy się jeszcze wahają, a może nawet boją zrobić ten pierwszy krok, by wziąć udział w takim wyjeździe misyjnym. Mi ten czas spędzony na Ukrainie pozostanie w serduchu już do końca życia. Jednym słowem – było warto.

Agata Kosowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *