Fallout, ach wspomnienia

14 listopada odbyła się premiera Fallouta 76, najnowszej odsłony serii. Tym razem chodzi o rozgrywkę multiplayer nastawioną na eksplorację świata. W listopadowym rankingu najchętniej kupowanych gier, znalazł się na 4. miejscu, po Red Dead Redemption 2, Call of Duty: Black Ops 4 i Battlefield V.

War, war never changes”

Choć akcja dzieje się w przyszłości, ja cofnę się o jakieś 20 lat wstecz. Jak dziś pamiętam pierwsze odpalenie Fallout 2, bo właśnie z tym tytułem serii miałem do czynienia jako pierwszym. W tamtym czasie (1998 r.) był to szok. Gra była ogromnie rozbudowana fabularnie, rozgrywkowo (ogromny świat i możliwości działania), a także graficznie. Pierwsze chwile, szałowe intro, które wprowadzało gracza w tajemniczy i interesujący świat postkapitalistycznej cywilizacji wraz z kultowym już hasłem „Wojna, wojna nigdy się nie zmienia”. A potem? Tworzenie postaci, po raz pierwszy, bardzo po omacku, bo któż mógł przypuszczać, co przyniesie rozgrywka? Chwilę potem lądowaliśmy w świątyni jako Wybraniec, żeby przejść próbę walcząc z przerośniętymi mrówkami i skorpionami – dziś brzmi to sztampowo, ale wtedy...

Był to klasyczny izometryczny RPG z najlepszych czasów „Interplay’a” i „Black Isle, których to firm dziś już nie ma, a wówczas rok po roku wydawały hity jak Baldur’s Gate, Planescape Torment, Icewind Dale i ich kolejne odsłony. Te tytuły wyznaczyły standardy rozgrywki komputerowej na wiele lat.

Nie ma żadnych wątpliwości: Fallout należy do ścisłej czołówki najbardziej wpływowych serii wszech czasów. Współczesne franczyzy – Dragon Age, Mass Effect, Far Cry czy Uncharted – nie mogą się z nim równać – pisze techsetter.pl (przy okazji polecam pełny artykuł https://techsetter.pl/czasu-premiery-pierwszego-fallouta-minelo-20-opisujemy-historie-jednej-najwybitniejszych-serii-wszechczasow/) – Fallout gra w najwyższej lidze: lidze, w której rywalami są Tomb Raider, Sid Meier’s Civilization czy Final Fantasy. To zupełnie inna skala porównawcza.

Stare i nowe

Całkowicie zgadzam się z tą opinią. Jednak moje pokolenie rozgraniczy z pewnością serię na „stare dobre Fallouty” (1, 2, Tactics) i nowe wydane przez Bethesdę, którym bliżej do strzelanki akcji, niż rasowego RPG. Po pierwszą część serii sięgnąłem dopiero chyba po skończeniu „dwójki” ze dwa razy. Zrozumiałem wtedy ciągłość fabularną i niuanse z drugiej części. „Jedynka” była dużo prostsza i krótsza, co jest zupełnie zrozumiałe, ale już ona wprowadziła na starcie wiele rozwiązań, które ostały się w kolejnych edycjach. Obie gry ukończyłem po pięć albo i więcej razy sięgając po nie raz po raz przez wiele lat. Na plus i potwierdzenie jakości pierwszych produkcji dorzucę kilka nazwisk podkładającym głosy postaciom z „jedynki” - Richard Dean Anderson (Mac Gyver), Ron Perlman, Keith David czy Tony Shalhoub.

Do „starych dobrych” dorzucę jeszcze Fallout Tactics, który już bardziej skupiał się na samych misjach i walce, ale mimo to zachował klimat dzięki izometrycznemu rzutowi i odsłaniając fabularnie więcej jeszcze wątków dotyczących grupy stalowych rycerzy „Brotherhood of Steel”. Ma on jednak też sporo przeciwników, ale wg mnie wprowadzone zmiany raczej były uzasadnione, skoro nie był to typowy RPG. Fallout 3 – to wielki powrót, na który czekali fani, ale też wielka klapa. Zakończenie zupełnie mnie rozczarowało, a rozgrywka choć niby w większym świecie, z większą ilością detali i z oczu postaci, więc teoretycznie lepiej pozwalająca wczuć się w rzeczywistość wirtualnego świata, to jednak była dużo płytsza i mniej wciągająca. Ukończyłem ją nieco na siłę. Kolejnych części „New Vegas” i „czwórki” nawet nie dotknąłem, głównie z powodu braku czasu, ale też przez czytane recenzje i informacje o coraz to bardziej upraszczanej fabule i mechanice na rzecz dynamiki i akcji w grze. Dopowiem jednocześnie, że nowszych części nie dyskredytuje sam rzut FPP, bo świetnym Deux Ex, czy serii Elder’s Scroll to nigdy nie przeszkadzało.

Ciekawie wyróżnia się jeszcze tytuł „Fallout Shelter”, zupełnie inna gra, w klimacie simsowo-strategicznym, o zarządzaniu własnym schronem przeciwnuklearnym. To bardzo świeże i choć poświęciłem grze tylko chwilę czasu, bardzo dobrze oddaje falloutową atmosferę i jest wciągająca. O innych, w tym niedokończonych projektach serii można poczytać pod wskazanym wcześniej linkiem.

I ja jestem stary

Być może właśnie to jest powodem mojego podejścia do nowych gier. Nie odnajduję się w migoczących i szaleńczych rozgrywkach najnowszych tytułów, choć same gry akcji oczywiście nie są mi obce. Moja przygoda z graniem na komputerze skończyła się wraz z nową grą zwaną „dorosłe życie i rodzina”. Jednak emocje dawnych gier są we mnie ciągle żywe i często mam pokusę, żeby do nich wrócić. Fallouty ukończyłem tak wiele razy dlatego, że można było grę prowadzić na wiele sposobów, jako rasowy pięściarz-gbur, intelektualista-gaduła, snajper-komputerowiec czy inna z kilkunastu lub kilkudziesięciu kombinacji cech postaci. Na rozgrywkę wpływ miało wszystko, zwłaszcza to czy wybrało się postać męską czy żeńską. Fallouta 2 można było ukończyć w 10 minut lub grać praktycznie bez końca. Działania miały swoje konsekwencje nawet w dalekich od siebie lokalizacjach. Czuło się, że kształtowało się tę wirtualną rzeczywistość. A przecież do dyspozycji było głównie okienko dialogowe z czytanymi po angielsku mnogimi wariantami konwersacji. Moja natura optymalizatora przekładała się na chęć każdorazowego ukończenia gry pełniej, lepiej, dokładniej… i udawało się to za każdym razem, bo gra była tak rozbudowana, że zawsze można było znaleźć coś dodatkowego.

Dzisiejsze gry mimo technologicznego skoku po 20 latach, wydają się przy Falloutach dziecinną igraszką. Skupiają się na eleganckiej oprawie graficznej i wartkiej akcji, ale to co sensowne, traktowane jest po łebkach. To trochę jak z badaniami, które przeprowadzono na małych dzieciach, dając im do zabawy szereg przedmiotów, a w tym kolorowe i atrakcyjne zabawki. Większość dzieci wybrało jednak drewnianą łyżkę! Dlaczego? Łyżka może być mieczem rycerza, kijem podróżnika, bliżej nieokreślonym machadełkiem czy sztućcem w zabawie w kuchnię. Bo to wyobraźnia kształtuje zabawkę, a nie odwrotnie. I choć gry komputerowe zawsze będą mieć swoje ograniczenia, bo ich forma jest skończona, zamknięta scenariuszem i zaimplementowanymi opcjami, to cenne są właśnie te gry, które możliwie szeroko rozwijają człowieka, uczą. Rozwój przy Falloucie był dla mnie znaczący – znajomość j. angielskiego rosła z każdym kolejnym ukończeniem Fallouta, mnogość możliwości uczyła podejmowania decyzji i ich konsekwencji, a fabuła głaskała moje zainteresowanie tematyką sci-fi i możliwych wariantów przyszłości oraz tego, jak ludzie mogą w nich funkcjonować.

Nie tylko Fallouta, ale i inne gry z tego czasu porównałbym do współczesnych tak, jak książkę do newsa na stronie internetowej. Newsa czyta się szybko, żeby pozyskać informację i iść dalej. Książkę natomiast czyta się wolniej uruchamiając przy tym wyobraźnię, która pozwala czerpać z czytania dużo więcej radości.

Krzysztof Zieliński