I wyprawa przygotowawcza okiem (i piórem) Adama Melonka

Ku naszej radości do redakcji spływa coraz więcej relacji z I wyprawy przygotowawczej NINIWA Team. Dziś prezentujemy drugą z nich. W roli głównej ponownie uczestnik wyprawy na Islandię – Adam Melonek. 

Relacja 2.0

Plan tegorocznej I wyprawy przygotowawczej był ambitny, a zapowiadana pogoda dawała zdecydowanie większe szanse na przejechanie zaplanowanej trasy, niż w zeszłym roku. Spotkanie w wielkanocny poniedziałek mocno różniło się od tego zeszłorocznego: przede wszystkim było sucho, pojawiło się sporo nowych twarzy, a i wykończona sala Oblackiej Przystani nie oddawała już tak dobrze „spartańskich” warunków wyprawy 😀 Dziewczyny były grzeczne, więc miały możliwość noclegu w pokojach Oblackiego Centrum Młodzieży. Panowie natomiast musieli zadowolić się podłogą w sali gimnastycznej – wg relacji niektórych – zimną. Ja dysponowałem śpiworem „islandzkim” (jeszcze z poprzedniej wyprawy), więc nie wiem, o co im chodziło 😀

Dzień 1 – z grubej rury

Pierwszy dzień zaczęliśmy wcześnie rano mszą świętą w kaplicy OCM-u. Pierwsze, leśne kilometry dały nam w kość pod względem temperatury – kilka osób nie miało rękawiczek rowerowych i ciężko przeżywało poranną jazdę. Pierwsza przerwa, po pierwszej pięćdziesiątce, na nieczynnej stacji benzynowej, była okazją do poprawienia mocowania bagażów, przebrania się i odzyskania sił. Co ciekawe, o ile dobrze pamiętam, podczas pierwszego odcinka nie zdarzyła się żadna awaria (podczas gdy w zeszłym roku już od pierwszych kilometrów ktoś łapał „kapcia”, a komuś innemu odpadał za chwilę pedał). Później grupa zaczęła mierzyć się z pierwszymi większymi podjazdami. Wraz z przejechanymi kilometrami i upływającym czasem na zmianę odzyskiwaliśmy i traciliśmy nadzieję na osiągnięcie celu naszej podróży – sanktuarium na Świętym Krzyżu. Późnym popołudniem wjechaliśmy do Kielc. Team przejechał przez miasto stylem masy krytycznej, wzbudzając zainteresowanie przechodniów i innych rowerzystów. Niemal zaraz po wyjechaniu z Kielc na horyzoncie ukazała się wieża Radiowo-Telewizyjnego Centrum Nadawczego Święty Krzyż. Jednak dotarcie na szczyt, mimo że widzieliśmy go gołym okiem, miało zająć jeszcze ok. 2,5 godziny. Ostatnia pięćdziesiątka była dla wielu wyczerpująca – niektórzy po raz pierwszy w życiu mieli okazję przejechać dystans większy niż 150 kilometrów na raz, a jadące grupy mocno się od siebie oddaliły. Wieczorem, po uzupełnieniu zapasów w wiejskim sklepie, rozpoczął się sześciokilometrowy atak na górę. Wyczerpani, niejednokrotnie z bolącymi kolanami, udami i łydkami, ruszyliśmy w górę. Wszystkich motywował czekający na nas bigos oraz sama satysfakcja z wjechania na szczyt. Ja sam, mimo początkowego entuzjazmu, przez pewien odcinek musiałem prowadzić rower, gdyż nogi odmawiały posłuszeństwa. Na szczycie zostaliśmy ciepło przyjęci przez „załogę” klasztoru, dzięki której dostąpiliśmy luksusów nieznanych typowej wyprawie Niniwa Team: ciepłego posiłku, dachu nad głową oraz łazienki.

Dzień 2 – trochę turystyki

Dzień drugi miał charakter raczej turystycznego wypadu za miasto, niż wyprawy rowerowej NINIWA Team i był formą rekompensaty trudów dnia poprzedniego. Wstaliśmy późno – około 7. O 8 przeżyliśmy Mszę świętą w sanktuarium i błogosławieństwo relikwiami Drzewa Krzyża Świętego. Po śniadaniu i wspólnym zdjęciu rozpoczęliśmy zjazd z Łysej Góry. Przez dłuższą chwilę nasze rowery jechały same, bez potrzeby pedałowania. Na dole czekała na nas jednak trasa prowadząca po wzniesieniach – do południa praktycznie cały czas jazda odbywała się w płaszczyźnie góra-dół, góra-dół. Potem jazda przez wioski. Jak już wspomniałem, dzień drugi miał charakter turystyczny, toteż po południu dotarliśmy do Sandomierza – miasta Ojca Mateusza – gdzie zrobiliśmy obowiązkowe zdjęcie na sandomierskim rynku. Celem dnia było osiągnięcie dystansu przynajmniej 120 kilometrów, toteż po opuszczeniu Sandomierza ruszyliśmy bocznymi drogami wzdłuż Wisły. W jednej z mijanych wsi zostaliśmy pozdrowieni przez Panią Marzenę, która ugościła nas na swoim podwórku garem gorącej herbaty – w sam raz na wieczór po takim dniu. Z uwagi na to, że było to idealne miejsce na rozłożenie namiotów, o. Tomek zarządził nocleg. Ilość przejechanych kilometrów nie zrobiła na nikim, po doświadczeniach z dnia poprzedniego, wrażenia, więc wszyscy spędzili sporo czasu w kółku, korzystając z ciepłej temperatury, do późnych godzin nocnych.

Dzień 3 – chleb powszedni

Pobudka 5, wyjazd 6. Trzeci dzień wyprawy przygotowawczej był dla bardziej doświadczonych wyprawowiczów zapewne nudnym, bo typowym dniem wg stylu jazdy NINIWA Team. Wstajemy-jedziemy. Bez zwiedzania, opóźniania pobudki i innych tego typu niepotrzebnych rzeczy. Po prostu naprzód w nieznane, ruszamy w drogę i tyle. Pożegnaliśmy Panią Marzenę, podziękowaliśmy za gościnę i ruszyliśmy. Przed południem zaliczyliśmy kilka odcinków terenowych w lesie, po których wróciliśmy na drogę. Przejechaliśmy przez Pacanów – miasto, gdzie kozy kują i gdzie na chwilę zagubiła się ostatnia grupa. Zaraz za nim Dawid musiał zatrzymać się na serwis koła. Podkuwanie nie okazało się zatem dobrym pomysłem 😀 Potem znowu trochę podjazdów. W Busku-Zdroju typowa przerwa pod marketem. I jeszcze nieco podjazdów, potem długi czas jazda wiejskimi drogami, a po niej przerwa na mszę świętą i obiad gdzieś w polu, po którym o. Tomek zmotywował wszystkich informacją o spodziewaniu się nas w parafii w Ogrodzieńcu. Ostatni odcinek do celu to ulubiony typ jazdy wszystkich rowerzystów, czyli podjazdy. Wszyscy z radością w sercach wspinali się na coraz to wyższe wzniesienia. Osobom, które nie gustują w takich rozrywkach, przy zbliżaniu się do kolejnych wzniesień zapewne nasuwało się pytanie: „Czy to już?”. W końcu dotarliśmy do Ogrodzieńca – przed czasem. Jesteśmy weteranami podjazdów! Szybkie uzupełnienie zaopatrzenia w miejscowym sklepie i pojechaliśmy na plebanię, która znajduje się praktycznie po drugiej stronie ulicy. Dach nad głową i łazienki! Czyli jednak ten dzień nie był typowym dniem wyprawy, znowu jakieś niepotrzebne luksusy i wygody. Po co to komu? 😉 Ksiądz proboszcz zaskoczył nas i zaraził potężnymi zasobami pozytywnej energii. Opowiedział nieco o parafii, pomodlił się z nami (i za nas) oraz zagrał na… akordeonie. Ja muszę zauważyć, że potrafił podejść bardzo szczerze i bez uprzedzeń do każdego człowieka – wielu z nas, w tym ja, rozmawiało z nim. Skoro mieliśmy dach nad głową i łazienki, to w ostateczności musieliśmy skorzystać z tych zbytków…

Dzień 4 – powrót Islandii

Dzień powrotu do Kokotka rozpoczął się niezbyt ciepło. Pożegnanie miejscowego proboszcza, podziękowanie za gościnę i wyjazd wcześnie rano. W trakcie pierwszych kilometrów wiele osób zorientowało się, że ubrało zbyt mało warstw ubrań. Do pokonania niecałe 80 kilometrów. Zimny wiatr sprawił, że wiele osób zaczęło porównywać klimat do tego znanego niektórym z Islandii. Pierwsze 30 kilometrów dłużyło się. W końcu wróciliśmy na drogę, którą jechaliśmy podczas pierwszej pięćdziesiątki pierwszego dnia – byliśmy więc już względnie blisko Kokotka. W połowie trasy przerwa na leśnym postoju, chwila na szybki posiłek i założenie dodatkowych ubrań. Około 7 kilometrów przed Kokotkiem nagle zza chmur wyszło Słońce, wiatr ustał, a temperatura poszła w górę. Jakby na zawołanie, na sam koniec. W kościele parafialnym w Kokotku msza święta, podsumowanie i zakończenie wyprawy.

W zakresie liczby wykręconych kilometrów i zarysu trasy I wyprawa przygotowawcza udała się całkowicie. Wspólnie doświadczyliśmy na niej wielu skrajności: rekordowych odległości i jazdy „turystycznej”; spania w namiotach i pod dachem; podjazdów i zjazdów; jazdy w 1 i 5 warstwach ubrań… Już nie mogę doczekać się II przygotowawczej. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *