Standard – relacja z III dnia wyprawy przygotowawczej

Czwartek na wyprawie przygotowawczej był dla naszych rowerzystów kwintesencją piękna. Tym, dla czego warto wstawać rano, warto się męczyć, warto jechać. Dla tego kto przeżył ten dzień, życie już nigdy nie będzie dla niego takie samo.

Pobudka o 5.00, wyjazd o 6.00. Poranek chłodny. Rowerzyści pięknie podziękowali panie Marzenie, która ugościła ich w swoim ogrodzie, a pani Marzena nie mniej gorliwie dziękowała teamowi, że mogła go gościć. Plan na dzień dość ambitny – 60 km, 55 km i 55 km. Cel – Ogrodzieniec.

Pierwszy dystans, do Buska-Zdroju był od początku chłodny, ale stopniowo ocieplało się. 60 kilometrów na pierwszym etapie zawsze motywuje. Z rana ma się jeszcze sporo sił, a im więcej zrobi się rano tym mniej będzie trzeba zrobić wieczorem. Pierwsza przerwa przy sklepie z zakupami na cały dzień. Dalszy plan to Msza i obiad „gdzieś w polu„. Tak to bywa na wyprawie – poranny etap jest lekki, bo to pierwszy dystans i albo po prostu chce się jechać, albo jeszcze do końca się nie obudziło i jest wszystko jedno 😉 Na drugim etapie jedzie się na Mszę. Na trzecim na nocleg.

Po pierwszej przerwie było już na tyle ciepło, że nasi wyprawowicze jechali w krótkich spodniach i rękawach. Dzień był piękny, a dobre nastroje sprawiły, że tępo wzrosło. Rowerzyści trafili na jakieś miejsce i tam zatrzymali się na Mszę i obiad. Co to za miejsce? „Zatrzymaliśmy się w środku pola” – zrelacjonował Emil. Miejsce idealne na przerwę, bo nie ma nic lepszego niż przerwa w ustronnym miejscu na świeżym powietrzu. Rowerzyści oddalili się 500 m od drogi by w spokoju przeżyć Mszę świętą i zjeść obiad. Obiad przyniósł ze sobą dwa wypadki w postaci wylanego makaronu i wysypanego na ziemię mięsa – zdarza się. Przerwa zakończyła się koronką oraz pogawędką o wyprawach i NINIWIE z miejscowymi ludźmi. Okazało się też, że ostatni dystans to tylko 43 km a nie 55 jak miało być na początku. Jednak chłopaki od GPS-a postraszyli podjazdami.

Dystans nie okazał się taki straszny jak go malowali i nasza grupa dojechała do Ogrodzieńca. Mijając przepiękny zamek, kilku osobom przypomniała się wyprawa Radość Życia, kiedy to rowerzyści jadąc wokół Wysp Brytyjskich liczyli na nocleg w zamku 😀 Dosłownie się wtedy nie udało, ale przecież w oczach Boga wszyscy jesteśmy księżniczkami i książętami. Poszukiwania noclegu po raz kolejny nie trwały długo, o. Tomek zarządził, żeby jechać do miejscowego kościoła. Jak się okazało, miejscowy ksiądz oprócz wielkiego serca miał również wielkie salki, do których zaprosił wszystkich – nikt nie musiał spać w namiocie. Oprócz tego każdy mógł wziąć ciepły prysznic. Po kolacji, o 21.00 wszyscy zebrali się na apelu. Gospodarz okazał się być również dobrym muzykiem, któremu nie brakuje poczucia humoru. Chwycił za akordeon i oddał swoją gitarę. Na apelu się nie skończyło, bo wyprawowicze mają szeroki repertuar. Po kilku radosnych pieśniach, ksiądz-gospodarz opowiedział historię kościoła, której nie przytoczę, ale ponoć była bardzo ciekawa 🙂 Cisza nocna zapadła o 23.00 z perspektywą standardowej pobudki o 5.00 dnia następnego i już tylko dwoma dystansami do zrobienia. Kokotek jest blisko.

Może zastanawiasz się teraz drogi czytelniku, co było tak piękne w tym dniu? To jego prostota. Standardowy, (nie)zwykły dzień wyprawowy, ze spotkaniem dobrych ludzi i znalezieniem dobrego noclegu. Kto był już wcześniej na wyprawie oddałby wiele, żeby w rutynie dnia codziennego móc przeżyć taki dzień. Nasi wyprawowicze to szczęściarze. Teraz zmierzają do Kokotka, gdzie powinni być około południa. Wyczekujcie relacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *