Relacja z Białorusi!

SZUMILINO 2017

Nie będzie krótko, nie będzie zwięźle, a czasami nawet nie będzie na temat. 🙂

W nocy z 2 na 3 lipca 2017 roku pierwszy raz w życiu znalazłam się na Białorusi. Teraz będzie nie na temat. 🙂 Chcę wyjaśnić jak do tego doszło.

W 3 klasie gimnazjum mieliśmy na religii zastępstwo z siostrą orionistką, która pracuje na misjach. Na zajęciach rozmawialiśmy o naszych marzeniach, a jednym z moich był wtedy wyjazd do Afryki Środkowej i o tym właśnie powiedziałam. „Ale tak turystycznie czy na misje?” – padło pytanie, po którym nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Nigdy wcześniej nie myślałam o misjach, a w tamtym momencie miałam wrażenie, że otworzyła mi się w głowie jakaś nowa szufladka, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Przerażona swoją wewnętrzną reakcją, odpowiedziałam, że w sumie to nie wiem, ale tak naprawdę byłam niemal pewna, że bardzo chcę. Miałam 15 lat, więc jakiekolwiek plany misyjne musiałam odłożyć na później, ale zaczęłam angażować się w wolontariat w Caritasie i w szkole, m.in. w projekt „Po domach”, zbiórki pieniędzy dla domu dziecka i żywności dla ubogich.

W 2015 roku przeprowadziłam się na studia do Warszawy i trafiłam do pokoju z dawną znajomą z liceum (ściskam Cię Justynko i bardzo Ci dziękuję, bez Ciebie nie doszłoby do tych wspaniałości, o których tu napiszę), która podarowała mi „Kalendarz Niniwity”. W tej książeczce, oprócz kalendarza z rozważaniami na każdy dzień, wypisane były wszystkie akcje, wyjazdy, rekolekcje i inne piękne rzeczy prowadzone przez Oblackie Duszpasterstwo Młodzieży, w tym wolontariat misyjny. Od razu postanowiłam, że w to wejdę.

W listopadzie 2016 roku rozpoczęłam formację na zjazdach w Kokotku. Bardzo chciałam pojechać na Białoruś, ponieważ, po pierwsze, pochodzę z miejscowości położonej 20 km od granicy z Białorusią i zawsze ciekawiło mnie, co jest po tej drugiej stronie Bugu, a po drugie chciałam spróbować swoich sił w pracy z dziećmi. Mając jednak na uwadze moją słabą znajomość rosyjskiego, stwierdziłam, iż lepiej będzie w tym roku podjąć się pracy, która wymaga mniej zaawansowanej znajomości tego języka, np. pomocy w organizacji festiwalu Tchnienie Życia na Ukrainie w Tywrowie. Tak się złożyło, że na wyjazd do Szumilina nie było wielu chętnych, w dodatku koleżanki zapewniły mnie, że dam radę mimo mojego rosyjskiego (jeśli w ogóle coś takiego jak „mój rosyjski” istniało). Nie trzeba było mnie namawiać przy takich okolicznościach.

3 lipca, późnym wieczorem rozpoczęło się spotkanie całego zespołu. Byłyśmy (Agata, Monika i ja – nasza trójka pojechała na wolontariat do Szumilina) niesamowicie zmęczone po długiej podróży. Poznałyśmy pozostałych animatorów (Olgę, Weronikę, Żenię, Romana i Artioma), Panią Mamę, o. Macieja, a ja pierwszy raz spotkałam się z siostrami Weroniką i Dorotą oraz z o. Andrzejem. W tym miejscu najchętniej opowiedziałabym o każdym z wymienionych, ale koleżanki i koledzy z wolontariatu nie ucieszą się, jeśli moja opowieść będzie zbyt długa, więc z bólem serca rezygnuję z tego pragnienia i serdecznie ściskam wszystkich moich białoruskich na odległość, a nuż tu zajrzą. 🙂

Kolejnego dnia zaczęły zjeżdżać się dzieci, a mnie ogarnął lekki niepokój, czy będę potrafiła nawiązać z nimi relację. Lęk był całkowicie nieuzasadniony. Gdy tylko wychyliłam głowę zza drzwi pokoju, dwie dziewczynki podbiegły do mnie, mocno mnie objęły i zaczęły przesłuchanie. Chciały koniecznie wiedzieć kim jestem, skąd przyjechałam, czy będę ich animatorką i czy będą mogły mieszkać ze mną w pokoju. Ja tylko posłusznie odpowiadałam na pytania i biegałam, ciągnięta przez dzieci za ręce, żeby zobaczyć wszystko, co akurat zechciały mi pokazać. Chłopcy, poinformowani przeze mnie o mojej kiepskiej znajomości rosyjskiego, rozpoczęli prowadzenie intensywnego kursu językowego dla swojej animatorki. Pokazywali palcem różne przedmioty, a ja musiałam nazywać je po rosyjsku. Niby nic wielkiego, a dzieci były takie szczęśliwe. Spragnione atencji chłonęły dosłownie każdą sekundę poświęconej im uwagi.

W Szumilinie „Wakacje z Bogiem”, wypoczynkowo-rekolekcyjny pobyt dla dzieci, jest organizowany przez siostry szarytki, Weronikę i Dorotę oraz ojca Andrzeja – proboszcza parafii. Dzieci korzystają z wypoczynku bezpłatnie i dla bardzo dużej części z nich jest to jedyny tydzień normalnego życia w ciągu roku. Sytuacje rodzinne nie umożliwiają tym dzieciom prawidłowych warunków rozwoju, nawet tak podstawowych jak 3 posiłków dziennie, nie mówiąc już o wsparciu psychicznym, poświęceniu uwagi, przytuleniu. Dzieci przez cały rok czekają na ten tydzień, kiedy będą mogły poczuć się bezpieczne, zauważone i potrzebne. Nie chcą wyjeżdżać. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że powrót do domu może wiązać się ze stanem bliskim rozpaczy, która przyprawia niektóre dzieci o łzy. W tym roku to zobaczyłam.

Nasza praca jako animatorek polegała na wykonywaniu najrozmaitszych zadań. Dzieci mieszkały z nami w pokojach, więc należało zadbać, aby wieczorem umyły zęby, rano uczesały włosy i nie zasnęły bez przytulenia oraz odwzajemnionego całusa w czoło. Czasami trzeba było kogoś pocieszyć i pozwolić mu się wypłakać albo nawet… uprać materac nieprzyjemnie doświadczony efektem różnorakich nocnych lęków. Takie życie :-).

Dzieci podzielone były na grupy po pięć lub sześć osób, a każda z tych grup miała przydzieloną dwójkę animatorów. Na pierwszym turnusie moim współanimatorem był Żenia, który pełnił też funkcję mojego osobistego tłumacza (dziękuję!), a na drugim Olga. Oboje cudownie śpiewają i grają na gitarze. Oprócz codziennych zabaw i spacerów, wyjść do kina, cyrku czy nad jezioro, każda grupa miała przydzielone zadanie na dany dzień – przygotowanie modlitw/zmywanie po posiłkach/przygotowanie zabaw i tańców na tzw. wesoły wieczór/sprzątanie pokoi i korytarzy. Nie była to łatwa rzecz, bo niektóre dzieci miały zwyczaj znikać, gdy przypadała ich kolej zmywania. Rozumiem, też nie znoszę.

Animatorzy, oprócz pomocy dzieciom w wypełnianiu dyżurów i towarzyszenia im w ciągu dnia, prowadzili także spotkania w grupach. Podczas spotkań przygotowywaliśmy scenki, robiliśmy różańce i plakaty, rysowaliśmy, rozmawialiśmy o fragmentach z Pisma Świętego, dzieliliśmy się swoimi przeżyciami. Podczas wesołych wieczorów wspólnie tańczyliśmy, ścigaliśmy się i bawiliśmy na świeżym powietrzu. Potem szliśmy na wieczorną modlitwę przed ołtarzem, przy świecach. Olga i Żenia grali na zmianę na gitarze i wszyscy śpiewaliśmy. Nigdy nie doświadczyłam tak silnego zjednoczenia na modlitwie, jak podczas „Wakacji z Bogiem” w Szumilinie. W pewnym momencie, zupełnie spontanicznie i w wolności, i animatorzy, i dzieci, zaczynają przytulać się, dziękować sobie nawzajem, przepraszać, płakać ze szczęścia, patrząc sobie prosto w oczy. Śpiewamy coraz głośniej, łapiemy się za ręce, tańczymy przed Panem Jezusem, a refren piosenki jest śpiewany na okrągło, przez kilkanaście minut. Niebo.

W całym swoim życiu nie płakałam ze szczęścia tyle, ile podczas jednego miesiąca w Szumilinie. Nigdy też poziom szczęścia nie stawał się dla mnie… aż tak nieznośny. A to była tylko Ziemia.

Podczas naszej małej misji pracowaliśmy na dwóch turnusach wakacji. Pierwszy był dla dzieci od 8 do 11 lat, drugi od 12 do 16, choć przeważnie były to dzieci do 14 roku życia. Starszych, właściwie prawie moich rówieśników, było kilku. Miałyśmy także parę ładnych dni przerwy między turnusami.

Co robi wolontariusz w przerwie? Pierwsze 4 dni odpoczywa. 🙂 Ja potrzebowałam 4 dób, żeby uregulować swój organizm po turnusie z młodszymi dziećmi. Byliśmy przy nich 24 godziny na dobę przez tydzień, a gdy kładły się spać, my opracowywaliśmy plany na kolejny dzień i dzieliliśmy się naszymi przeżyciami i problemami. Snu było niewiele. Niektórzy (Monika coś o tym wie) łapali przeziębienia po tygodniowym przemęczeniu. Gdy doszłyśmy już do siebie, zaczęłyśmy robić porządki. Nie po pobycie dzieci, to było już dawno zrobione.

Zabrałyśmy się za mycie okien w całym klasztorze i w mieszkaniu sióstr, nad którym czuwałyśmy 3 dni, podczas wyjazdu mieszkanek. Im też umyłyśmy okna i upiekłyśmy ciasto, a Agata malowała płot wokół kościoła. Na jeden dzień oderwałyśmy się od misyjnej rzeczywistości i pojechałyśmy do Witebska zwiedzić miasto, muzea i obejrzeć spektakl w ramach trwającego wtedy Słowiańskiego Bazaru.

Potem nadszedł czas drugiego turnusu z, brzydko nazywanymi przeze mnie, starymi dziećmi. Było dłużej, ale nieco lżej niż przy młodszych. Młodzież nie potrzebowała aż tyle uwagi ile mniejsze dzieci i miała w ciągu dnia czas przeznaczony do samodzielnej organizacji, więc można było złapać oddech. Dzień po odjeździe uczestników turnusu do domów, o. Andrzej odwiózł nas na dworzec do Witebska. Z miesięcznej wizy pozostały nam do wykorzystania 2 dni. Wracałyśmy w dniu moich urodzin. Jeszcze przed zakończeniem „Wakacji z Bogiem” dzieci i animatorzy zrobili mi niespodziankę. Dostałam misia (teraz stoi na moim biurku), balony, życzenia, a Agata upiekła dla mnie babeczki. W podróży dostawałam wiadomości z życzeniami. Z Szumilina, od dzieci.

Jest październik i ciągle kontaktuję się z dziećmi przez internet. Jednej z dziewczyn ze starszego turnusu pomagam uczyć się polskiego. Inne piszą, że tęsknią, albo… że martwią się o mnie. Ja im piszę, że mają dobre serduszka. Obiecałam, że będę za rok. Szumilińskie dzieci mnie kupiły i mają zagwarantowaną 1/12 mojego życia każdego roku na tak długo, jak tylko będzie to możliwe i jak długo wystarczy mi sił. I oczywiście na tak długo, jak długo ze mną wytrzymają. Ja też bardzo tęsknię (i już nie chcę do Afryki na misje).

Ola Żuk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *